Kora roz. II

– Wygląda na to, że mityczne jutro w końcu nadeszło. Koniec świata.
– Co, zaczynają spełniać się przepowiednie o Armageddonie?
– Lepiej. Posprzątałem swój pokój. – odpowiedział zielonooki mężczyzna, krzywiąc się lekko na smród przypalonego mięsa. W pokoju dało się też wyczuć drażniący zapach spalonego plastiku. – Tylko, cholera, znów będę musiał skręcać te cholerne meble. – dorzucił z przekąsem, trzymając sczerniałe ramię kobiety. – A ty mi już raczej nie pomożesz, blond ślicznotko. W sumie to cię szkoda trochę… nawet jeśli nie byłaś najlepsza w łóżku. – dodał po chwili, patrząc na nie nieobecnym wzrokiem.
– Spałeś z nią?!
– Nie. Chociaż też jej dałem popalić.
– No tak… czasem zapominam, że nie jesteś całkiem beznadziejny w te klocki.
– Dzięki. – odpowiedział kobiecie ironicznie i bezceremonialnie wrzucił rękę do worka na śmieci wypełnionego ludzkimi szczątkami. Związał tobół i postawił pod nadpaloną ścianą, obok kilki innych worków.
Oddział, który przedwczoraj zjawił się w mieszkaniu, nie prezentował się już zbyt bojowo. Poza plastikowymi torbami, po zbrojnych pozostał jeszcze karton, do którego Serafin wrzucał wciąż zdatną do użytku broń – kilka pistoletów samopowtarzalnych i pistolet maszynowy, trochę amunicji, która jakimś cudem nie wybuchła w pożarze, jeden nóż w nadpalonej pochwie i kukri oblepione bliżej niezidentyfikowaną substancją. Poza bronią i szczątkami gospodarz uzbierał jeszcze jeden worek drobnego śmiecia, który zbił się jedną masę spojoną swądem spalenizny.
Michał rozejrzał się po pokoju, krytycznie oceniając zniszczenia. Burda pozostawiła swoje piętno na ścianach podziurawionych pociskami. Nie lepiej prezentowało się potrzaskana framuga okna ani podłoga poorana rykoszetami wypełnionymi zakrzepłą krwią. Nawet odymiony sufit był pokiereszowany. Zwisająca z niego nietknięta papierowa lampa prezentowała się iście groteskowo na tle zniszczeń.
Mężczyzna wytrzepał ręce w spodnie i spojrzał w kąt, kładąc dłonie na biodrach. Skrępowana i zakneblowana dziewczyna w rogu pokoju patrzyła nieprzytomnym ze strachu wzrokiem na Michała i jego towarzyszkę. Młoda szatynka o kręconych włosach, sklejonych na twarzy łzami, nie wiedziała, co bardziej ją przerażało. Makabryczny widok pokoju usianego wcześniej zwęglonymi, rozszarpanymi zwłokami, czy zimna metodyczność, z jaką pobojowisko sprzątał dobrze zbudowany brunet. Michał patrzył na dziewczynę zakłopotanym wzrokiem, widocznie nie wiedząc co zrobić z intruzem.
Monika obserwowała parę już jakiś czas, próbując pozbierać myśli, wciąż jednak miała pojęcia, w jaki sposób w jednej chwili stała jak wryta, patrząc na scenę jak z horroru, a w następnym siedziała skulona w rogu pokoju, nie mogąc się ruszyć ani odezwać. Mogła jedynie próbować wyć przez usta zakneblowane jakiś twardy przedmiotem owiniętym materiałem, którego pochodzenia wolała nawet nie próbować się domyślać. Żałosne próby zwrócenia na siebie uwagi dotąd nie spotkały się z żadną reakcją – poza rzucaniem zirytowanego spojrzenia przez towarzyszkę mężczyzny. Kobieta, niezajmująca się niczym poza paleniem papierosa za papierosem, ubrana była jak typowa kierowniczka w jakiejś korporacji. Dla odmiany jej kolega nosił czarne bojówki i ciężkie buty, szeroki tors opinała ciemnozielona koszulka. Z postury przypominał ochroniarza i w normalnej sytuacji mógłbym zostać wzięty za goryla kierowniczki, ale Monice coś mówiło, że to on jest tutaj szefem, a jego czarnowłosa towarzyszka nie miała zbyt wiele do powiedzenia.
Beznamiętna systematyczność przy sprzątaniu ludzkich szczątków i jakaś nieuchwytna, niepokojąca aura mężczyznę kłóciły się ze wzbudzającą zaufanie twarzą. Spojrzawszy w duże, bystre oczy faceta przed trzydziestką, Monika nie mogła się oprzeć wrażeniu, że gdyby go ubrać we flanelową koszulę wyglądałby jak całkiem sympatyczny informatyk. Problem w tym, że te oczy patrzył na Monikę jak na coś w rodzaju zepsutego komputera, który trzeba obejrzeć, sprawdzić i zdecydować co dalej z nim zrobić. Najprawdopodobniej wyłączyć i rozebrać na części zamienne. Dziewczyna zesztywniała, na myśl o takim porównaniu.
Kolejne fale mdlącego strachy zalewały trzewia dziewczyny w takt kroków niespiesznie zbliżającego się Michała. Nie miał w dłoniach żadnego narzędzia, którym mógłby jej zrobić krzywdę, ale im bliżej się znajdował, tym większą miała ochotę przegryźć sobie nadgarstki. Nie miała jednak szans skończyć gehenny, będąc fachowo związana. Mogła jedynie skamleć jak wyczerpany szczeniak. Serafin uniósł kąciki ust w oszczędnym, kpiącym uśmiechu i lekko zmrużył oczy. Jak kot, który zbliżał się do ledwo żywej jeszcze. Przyklęknął przy dziewczynie i położył jej dłoń na kolanie. W ułamku sekundy zielone tęczówki rozszerzyły nienaturalnie, niemal zupełnie znikając. Monika popuściłaby ze strachu, gdyby w tym samym momencie nie dosięgła jej jakaś siła, usztywniając w jednej chwili wszystkie mięśnie dziewczyny. Zdawało jej się, że nawet serce stanęło a krew zastygła w bezruchu, który całkowicie zawładnął ciałem. Musiała patrzeć prosto w straszne oczy istoty. Czymkolwiek był ten stwór, nie był człowiekiem. Tego nagle stała się pewna. Świat zaczął tonąć w bezdennych źrenicach potwora, panika z sekundy na sekundę zatapiała się w pustce, ciągnięte wgłąb przez coś pod kryjącego się pod powierzchnią nieludzkich oczu. Emocji, które znikały z umysłu, nie zastępował jednak spokój. Nic ich nie zastępowało. Tam, skąd wyparowały uczucia, nie pojawiały się żadne inne. Tak jakby jej dusza była wodą wypełniającą wannę, z której ktoś wyciągnął korek. Jak przez mgłę Monika poczuła jeszcze jedno ukłucie trwogi przed nicością, zanim i tę myśl wciągnął w siebie klęczący przed dziewczyną potwór.
Za strachem w otchłań zaczęły podążać wspomnienia. Z początku najświeższe, potem coraz starsze. Wszystko sunęło przez umysł Moniki, aby bezpowrotnie spaść w otchłań. Porównania, które samorzutnie narodziły się w głowie nieszczęśniczki patrzącej na twarz mężczyzny. Cień pociągu na widok jego sylwetki. Odraza i strach towarzyszące związanej dziewczynie patrzącej na Michała sprzątającego pokój wypełniony makabrycznymi pozostałościami ludzi. Dezorientacja i lęk, które pojawiły się wraz z odzyskaniem świadomości w rogu zdewastowanego pokoju oraz zdziwienie na widok mężczyzny i towarzyszącej mu kobiety obojętnie wyglądająca przez okno. Wybudzenie się i echo dziwnego uderzenia, które pozbawiło ją przytomności. Ciemność wypełniona niepokojącymi cieniami. Mdlący terror uświadomienia, że spalone szczątki na podłodze należały do ludzi oraz ogarniająca błyskawicznie niemoc zaraz potem. Obrzydzenie na odór dobywający się z pokoju na piętrze. Mieszaninę niepewności, ciekawości i niepokoju po przekroczeniu progu częściowo spalonego domu. Zniszczenia dookoła domu leżącego na odludziu. Gruntowa droga przez las prowadząca do tego miejsca pokonana na rowerze. Plotki o przejeżdżających przez wieś samochodach jadących do starego domu poza wioską, kupionym niedawno przez jakiegoś młodego człowieka. Dni ciągnące się leniwie podczas wakacyjnego pobytu u babci, dzielone między czytania, spacery i wysłuchiwanie wspominek o dziadku i młodości. Echa radości po skończeniu sesji i wakacyjne plany na bezproduktywne odreagowanie w miejscu, gdzie internet nie dochodzi. I wciąż dalej w przeszłość.
Po ciągu wydarzeń, które bezpośrednio doprowadziły do obecnej sytuacji, Serafin wyciągał dalsze, mniej szczegółowe. Następnie jeszcze odleglejsze, jeszcze bardziej ogólne. W końcu przyszła kolej na samą osobowość składający się z niezliczonej ilości na wpół zapomnianych zdarzeń, wrodzonych instynktów, cech charakteru, fobii i upodobań, zawodów i osiągnięć. Z każdą chwilą otchłań pochłaniała coraz szybciej i coraz więcej, wydobywając z pamięci nawet zapomniane bądź wypierane aspekty jaźni. Wszystko, co składało się na tożsamość dziewczyny. I jeszcze coś. Coś głębszego i starszego od niej samej.
Kiedy proces dobiegł końca, z Moniki została tylko cielesna skorupa, bez iskry myśli czy emocji. Michał zacisnął oczy z bólu, kiedy doszło w nich do serii małych wylewów z pękających naczyń. Kiedy otworzył powieki, ukazały się wciąż nieludzko rozszerzone źrenice okalane krwawą czerwienią. Anna, patrząc z boku, wzdrygnęła się na demoniczny widok. Dłoń chłopaka zbielała zaciskając się na kolanie Moniki. Całym jego zesztywniałym dotąd ciałem zaczynały szarpać dreszcze. Po kilku uderzeniach serca mężczyzna zwiotczał, a tęczówki w mig powróciły do ludzkiego kształtu, uwalniając na powrót duszę do ciała właścicielki.
Monika wierzgnęła tak mocno, jak tylko to było możliwe. Opleciona krępującymi linami trzęsła się, kiedy wszystkie mięśnie naraz wróciły do życia w kakofonii niekontrolowanych spazmów. Wszystko co przeżyła, wszystko czego doświadczyła spadło na nią w jednej chwili jak betonowa ściana. Zwłaszcza najnowsze przeżycia, powracając w jednej sekundzie, wryły się w umysł z miażdżącą siłą. Dziewczyna nie mogła tego wytrzymać, tak jak nieruchomy silnik nie mógłby wytrzymać nagłego wejścia na maksymalne obroty.
Monika zalała się łzami, wyjąc przez knebel, z nosa buchnęła krew pompowaną przez trzepoczące serce. Mięśnie w dolnych partiach ciała zwariowały i uwolniły odchody, niszcząc resztki godności. Dziewczyna na powrót zapadła w nicość, tracąc przytomność. Zanim jednak rozpłynęła się w ciemności, zdążyła jeszcze uchwycić jedną myśl, która wzbiła się ponad harmider powracającej gwałtownie jaźni. Myśl, która nie należała do niej. Przekaz od tego potwora, który patrzył na nią demonicznymi oczami. Nie potrafiła ogarnąć całości, ale wiedziała, że nie zginie. Będzie żyć. Bardziej niż kiedykolwiek. Tylko coś z jej wnętrza mówiło, że nie będzie to życie, jakie powinno być. Poza duszą coś jeszcze do niej wróciło. Coś, co nie powinno.
– Coś z niej będzie. – wydyszał Michał, ciężko podnosząc się z podłogi. Patrząc na nieprzytomną studentkę, wyglądającą teraz jak inkarnacja siedmiu nieszczęść, przeszło mu przez myśl, że sam pewnie nie wygląda wiele lepiej.
– Na razie to coś z niej tylko leci. – skomentowała Anna, wykrzywiając w odrazie na widok rosnącej plamy w kroku dziewczyny. Michał chciał zripostować, ale nie miał siły.

Kora roz. I

– O, to będzie dobre… dzień dobry, państwu. – gospodarz odezwał się znudzonym głosem, gdy opadł rumor podkutych butów. Aż dotąd zdawał się nie przejmować uzbrojonym oddziałem, który szturmem wbiegał do jego mieszkania. Utkwiwszy wzrok w lufie najbliższego karabinu, zamarł w bezruchu z zawiasem drzwiczek w jednej ręce i częścią szafy w drugiej. Obojętny wyraz twarzy, mały śrubokręt tkwiący za uchem oraz przetarte ciuchy siedzącego między kartonami człowieka kontrastowały z bojową postawą i rynsztunkiem antyterrorystów.

– Nic nie będzie, koniec z tobą, złamasie. – odpowiedziała jedyna kobieta w oddziale, ładna blondynka około trzydziestki. Jedyna zbrojna bez hełmu i kominiarki na głowie.

– Koniec ze mną, ale jak już mnie przesłuchacie? Zresztą, jeśli faktycznie mnie zabijesz, to będziecie mieli problem.

– Daj spokój, chuju zbolały, jesteś skończony i jeszcze żyjesz tylko dlatego, że chciałam popatrzyć ci w oczy, zanim ci odstrzelę dupę.

– Taki sposób wysławiania się nie przystoi damie z wyższych sfer. A swoją drogą, próbowaliście pogadać ze swoimi furgonetkami dalej niż pięć minut temu? Bo coś mi się zdaje, że już się z nimi nie spotkacie w tym wcieleniu. – z kolejnymi słowami obojętność gospodarza przechodziła w kpinę. Blondynka zawahała się niemal niezauważalnie, ale facet ze śrubokrętem za uchem bezbłędnie wyłapał jej niepewność. Próbowała nadrabiać miną, ale była zupełnie zielona, ocenił. Nie kojarzył jej, więc musiała być nowa. Pewnie pierwsza operacja w terenie. Ciekawe czy szefostwo wystawiło nieopierzonego aniołka umyślnie.

Dziewczyna nie chciała brnąć w grę zabójcy, ale na wszelki wypadek kiwnęła głową jednemu z kolegów. Antyterrorysta sięgnął po krótkofalówkę, wywołując kolegów. Nie dostał żadnej odpowiedzi. Druga próba również nie dała rezultatu. Oczy w szczelinach kominiarek zaczęły niepewnie przeskakiwać po kumplach, szefowej i gospodarzu. Młody brunet tymczasem siedział nieruchomo ze zmęczonym uśmiechem na twarzy, wodząc pobłażliwym wzrokiem po swoich niedoszłych egzekutorach.

Oczekiwanie na odpowiedź od kogokolwiek z samochodów przerwał trzask krótkofalówki zawieszonej przy biodrze dziewczyny.

– Siarki przy furgonach! Zajebali Maćka! Michała też! – wycharczało w końcu urządzenie. Praktycznie w tym samym momencie na zewnątrz padła krótka seria z automatu. I kolejna. Następnie jeszcze jedna, dłuższa. Po niej nastała cisza. Z daleka tylko dochodził niewyraźny szum, jakby trzaskało ognisko.

– Co tam się dzieje do licha? – blondynka wysyczała do radia, nadając na kanale dla odwodu. Potem na kanale łączności z samochodami, ale nikt nie odpowiadał. Po chwili daremnego czekania przeniosła wściekły wzrok na dotychczasowy cel operacji. Właściciel lokum jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że w kobiecie więcej było strachu i dezorientacji niż złości. Wzbierała w niej panika. Promieniowała falami silniejszymi z każdą chwilą. Identyczne, pulsujące halo roztoczyli wokół siebie pozostali antyterroryści. Aury szóstki ludzi wzmacniały się wzajemnie, dostrajając się do jednolitego rytmu. Gospodarz czuł, jakby dosłownie zanurzył się lodowatym jeziorze mdlącego strachu.

Dookoła samotnego domu wyraźnie zaczynało się palić.

Myśli zbrojnych zlewały się ze sobą jak aury. To miała być czysta akcja — wpadamy do środka, namierzamy sukinsyna, wypytujemy na szybko o parę pierdół, kopiemy w jaja, żeby nie umierał bez bólu i strzelamy w głowę. Oraz w mostek, na wszelki wypadek kilka razy. Iwona potem wiąże jego parszywą duszę, żeby nie wrócił zbyt prędko. Po wszystkim wracamy do bazy, poklepując się po plecach. Szybko, pięknie i bez strat. Wywiad śledził cel od miesiąca, od kilkunastu godzin siedział w swoim nowym domu na bezludziu. Sam i bez żadnego środka ucieczki. Jak bezzębny wilk w klatce. Wejść i ubić. Tyle teoria.

Tylko w praktyce, cholera, sprawy się nagle skomplikowały. Kobieta starała się zapanować nad sobą i wymyślić coś trzeźwego. Mamy cel na muszce, możemy go w każdej chwili załatwić. Dobra, ale ten skurwysyn to jedyna osoba, która może skutecznie walczyć z tymi piekielnymi pomiotami, które właśnie zabiły trzech ludzi na zewnątrz. Skąd one do ciężkiej cholery się tam wzięły? I dlaczego pojawiły się akurat teraz?!

Gdzieś na parterze coś się zajęło ogniem.

– Serafin, ty pierdolony bydlaku, ty je tutaj sprowadziłeś! – warknęła na skazańca.

– Nie. – odpowiedział krótko i spokojnie, wpatrując się opanowanym wzrokiem w kobietę. Stoicki spokój spotęgował jej wściekłość.

– To co one tu, kurwa, robią?!

– Chcą nas wszystkich zabić. – sielankowy uśmiech wypłynął na twarzy mężczyzny.

– Skąd się wzięły?!

– Z piekła.

– Kurwa! – gardłowy krzyk dziewczyny wstrząsnął pokojem.

– Nie widzę związku. – próbował zripostować obojętnym tonem, ale nie udało mu się ukryć rozbawienia. Chciał dodać jeszcze dowcip o perypetiach aniołów potykających się z demonami, ale trzydziestolatka była na skraju wytrzymałości nerwowej. Do tego wciąż mierzyła w niego z MP5, postanowił więc odłożyć na bok humor sytuacyjny.

– Piekło czaiło się na mnie od dawna. Kiedy przekroczyliście próg, zerwaliście zabezpieczenie, która do tej pory blokowała ogarom drogę. A teraz wyczuli poza mną jeszcze was. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Konkurencja i śmiertelny wróg na raz. Swoją drogą to musiał się z nimi ktoś wysoki tutaj zjawić, skoro daje radę utrzymać siarczanych tak długo.

– Co ty pierniczysz, przecież pracujesz dla Piekła. I jak niby zerwaliśmy zabezpieczenia? Poza tym… utrzymać? – wzmianka o kimś „wysokim” całkiem zbiła dziewczynę z tropu. Serafin uśmiechnął się w duchu, wyczuwając kolejny napływ emocji. Na twarzy zachowała jednak spokój.

– To wam się wydaje, że pracuję dla Piekła. Zawsze lubiliście upraszczać sprawy. Inaczej chyba nie możecie. – zakpił. – Pieczęcie blokowały drogę piekielnym, ale miały jedną wadę. Byle anioł mógł je zerwać, jeśli tylko przeszedł przez próg. Nawet taki żółtodziób ćwierćkrwi jak ty. Ot, mankament wyspecjalizowanych zaklęć. – wyjaśnił już poważniej.

– A swoją drogą. Wiesz chyba, jak siarki reagują na strach, prawda. – ni to spytał, ni to stwierdził. – Jak płachta na byka. Strach je podnieca jak sześciolatki w wannie pedofila. A wy sracie po gaciach.

W domu wyraźnie coś się paliło, swąd docierał na górę.

Serafin obserwował przez chwilę reakcje oddziału. Jednocześnie próbował się zorientować, ile czasu diabłom zajmie przebicie się przez wewnętrzne pieczęcie.

– Więc żeby utrzymać wściekłą sforę potrzeba kogoś naprawdę silnego. – ciągnął dalej. – A takich panów nie ma wielu. Na marginesie, straszni sadyści. – dodał jakby od niechcenia, aktywując przygotowane wcześniej zaklęcie. – Zbierają pewnie na szybko posiłki. Zasadzili się tylko na mnie, a tu jeszcze pojawili się harcerze więc trochę za duży orzech do zgryzienia.

Atmosfera grozy osiągnęła apogeum, mężczyzna tymczasem gratulował sobie wyczucia czasu.

Teraz niczego nie spiernicz, stary.

– Podsumowując, jesteśmy wszyscy w czarnej dupie i jedynie współpracując, nie zginiemy wszyscy. Bądźcie więc mili mierzyć na przykład w drzwi albo okna. Albo skąd jeszcze mogę tutaj wleźć. – mundurowi spojrzeli po sobie. To był jakiś plan. W końcu wiedzieli, na czym stoją. Trochę się uspokoili i skierowali lufy na wejście. Tylko kobieta wciąż mierzyła w dotychczasowy cel, ale i ona poczuła ulgę, wiec zdjęła palec ze spustu.

– Wyżsi piekielni tu nie wlezą, za dużo ich by to kosztowało. Zresztą, aż tak ważni nie jesteśmy. Mamy więc przeciwko sobie tylko ogary. Samochodów już nie macie, więc nie zwiejemy, trzeba się skupić na obronie tutaj. – rzeczowy głos działał uspokajająco. W głowach napastników zaczął kiełkować jakiś plan, panika i dezorientacja znikały. Serafin rozejrzał się dookoła.

– Ty, przy oknie, weź otwórz, trzeba to wywalić. Kiepsko się walczy, kiedy pod nogami coś ci się jara. Zwłaszcza własne stopy. – mag wstał z ziemi, zbierając kartony leżące wokół.

– Meble też by wypadało wyrzucić w sumie. – dodał z przekąsem, zmierzając do okna. – Ale na to czasu nie ma.

Oddział spokojnie zmieniał pozycje na bardziej dogodne do odpierania ataku z zewnątrz. Zbyt spokojnie… kobieta się zorientowała, że w nagłym opanowaniu jest coś nienaturalnego, ale było już za późno. Kiedy zbrojny otworzył okno, przez pokój przetoczyła się fala paraliżującej energii. Wszyscy w pokoju znieruchomieli. Jeden ze skamieniałych mężczyzn przewrócił się, nie mogąc zachować równowagi w pół kroku. Tylko Serafin dalej szedł bez żadnego problemu, kiwając głową w podzięce antyterroryście, który otworzył okiennice. Wyrzucił kartony na zewnątrz, prosto w ogień trawiący ławkę stojącą pod ścianą. Wypatrzył ognisty pomiot, który próbował się wspiąć do sąsiedniego okna – ludzką sylwetkę, z której buchał dymiący ogień. Pokazał mu język i wrócił na środek pokoju. Podszedł do blondynki, złapał ją za brodę i odwrócił twarz w swoją stronę.

Nie mogła nic powiedzieć, ale doskonale ją czuł, słyszał jej myśli. Rozpacz i wściekłość, przeklinanie własnej naiwności. Lęk i bezsilność. Uśmiechnął się drapieżnie, spijając z niej emocje, czuł jak rośnie w siłę. Zielone oczy zabójcy lśniły roziskrzone tryumfem.

Mówiłeś, że wszyscy zginiemy, jeśli nie połączymy sił, kłamliwy pierdoleńcu.

– I dotrzymuję słowa. Nie wszyscy zginą. Tylko wy.

Nienawidzę cię, złamasie. Jeszcze cię dorwę, przysięgam. Nienawidzę cię, nienawidzę.

– Czuję. Poczytuję sobie za komplement.

Pieczęcie chroniące dom łamały się pod naporem potępieńców oszalałych z nienawiści i bólu przekutego na żądzę mordu i zadawania cierpienia wszystkim żywym istotom. Wysłańcy piekieł przedzierali się przez osłony blokujące dotąd drogę do wykonania zadania. Do sprowadzenia gehenny na wszystkich na swojej drodze. Do bolesnego unicestwienia. Oraz do ulgi od obecności w świecie, który zadawał im tortury. Byli coraz bliżej, powietrze zasnuwał gryzący dym. W oknie pękła szyba, do której przyłożył ognistą rękę jeden z demonów. Serafin wyjął pistolet z kabury dziewczyny i strzelił kilka razy w ogara. Jedna z kul dosięgła głowy potwora, a ten wybuchnął rozpadając się na kawałki. Szklane odłamki sypnęły przez pomieszczenie.

Oszukałeś. Oszukałeś. Oszukałeś.

Serafin patrzył w oczy kobiety, uwalniając ostatnie z przygotowanych zaklęć. Strach i wściekłość ludzi dookoła spadły w niego jak w otchłań, wzmacniając jego własną moc. Świat zaczął wirować wokół, stopy traciły oparcie w podłodze. Mag czuł, jak z każdą chwilą coraz większa jego część ulatuje niczym jak stado ptaków, które wzbiją się do lotu. Pojedyncze elementy jaźni wyrywały się w przestrzeń, najpierw pojedynczo, potem falami, w końcu całą nawałnicą.

– A czego się spodziewałaś po zabójcy? – spytał bez kpiny, kiedy golemy ognia przekraczały ostatnie bariery. Oczy zabójcy wygięte w smutnym uśmiechu były ostatnim, co zobaczyła kobieta, zanim Serafin rozpłynął się w powietrzu. Gdy zniknął, zbrojni odzyskali władzę nad sobą. Akurat na czas, żeby wycelować w pierwsze demony wbiegające pokoju przez drzwi. Strzały w zamkniętym pomieszczeniu ogłuszały, golemy rozrywane kulami traciły swoją formę. Niektóre za chwilę na powrót zlewały się w karykaturalne sylwetki płonące śmierdzącym ogniem. Te, które nie zdołały wrócić do swojej postaci, wybuchały w obłoku pomarańczowych płomieni i czarnego dymu. Pozostawiały po sobie jedynie dymiące kości.

Pierwszą ofiarą był antyterrorysta, który otworzył okno. Strzelał krótkimi seriami w kierunku demonów próbujących wejść przez drzwi, kiedy z tyłu wskoczył na niego potwór ryjąc ognistymi szponami czaszkę ofiary. Hełm na nic się nie zdał. Żołnierz padł na kolana, wijąc się jeszcze przez chwilę. Po kilku sekundach mężczyzna leżał martwy, a z dziur po wielkich pazurach parował zagotowany od środka mózg. Sam demon zginął moment później, ale przez okna wskakiwały już kolejne, błyskawicznie dopadając następnego zbrojnego. Ludzie stracili resztki opanowania i zaczęli strzelać ogniem ciągłym po wszystkim, co płonęło. W zgrozie patrzyli na towarzysza rzucającego się po podłodze. Nieszczęśnik nieludzko wrzeszczał, kiedy demony żywcem rozrywały jego wnętrzności.

Chwila męki towarzysza dała chwilę reszcie oddziału. W ostatniej, rozpaczliwej próbie obrony ocaleli zgrupowali się w kącie pokoju. Na moment udało się przywrócić jako taki porządek. Broniący się w rogu pomieszczenia trzymali diabły na dystans. Osłaniający się wzajemnie wymieniali magazynki, kiedy koledzy seriami rozrywali nacierające potwory. Wszystko się jednak posypało, kiedy jeden z demonów skoczył na sufit i zaatakował z góry. Kolejne poszły w jego ślady, rozpraszając uwagę przeciwników. Jeden komandos nie zdążył z wymianą magazynka. Drugi spudłował. Do spanikowanych w mig doskoczyły demony, a dom wypełnił makabryczny krzyk. Ostatni z mężczyzn strzelił sobie w głowę w przejawie trzeźwego egoizm – byle uniknąć strasznego losu towarzyszy.

Iwona padła ostatnia, do końca siejąc po ognistych sylwetkach. Czuła na twarzy gorące powiewy, w nosie miała smród palonego mięsa oraz własnych płonących włosów. Kiedy szpony wbiły jej się w kark, padła na kolana. Zaćmiona bólem wypróżniła magazynek w swojego zabójcę. Podmuch ognia rzucił ją o ścianę, od której się odbiła jak szmaciana lalka. Lecąc ku podłodze zdążyła jeszcze pomyśleć, że to zabawne. Zawsze się spodziewała, że śmierć w ogniu powinien bardziej boleć. Kiedy upadła nie mogła już się ruszyć. Ogłuszona ledwo rejestrowała pełzające po niej płomienie. W ostatniej myśli przeklęła jeszcze znienawidzone, zielono oczy maga. Potem zalała ją ciemność zrodzona z żaru.

Jeszcze cię dorwę, przysięgam.

 

Prolog

Ból.

Ból.

Ból.

Nie ma nic poza bólem.

Ból jest wszystkim.

Cały świat jest bólem.

Nie ma nic poza bólem.

Ból jest całym światem.

Świat?

Jakim światem?

Co to jest świat?

Czy poza bólem istnieje coś innego?

Czy poza bólem kiedykolwiek coś istniało?

Albo będzie istnieć?

Czas.

Jaki czas? Co to jest czas?

Jest teraz. Teraz jest bólem. Bólem, w którym zawiera się wszystko.

Ale coś musiało istnieć, skoro umiem nazwać ból bólem.

Doznaję przebłysku.

Światło.

Kiedyś było światło. Mnóstwo światła.

Czas i światło.

To już coś, coś poza bólem.

Dlaczego czuję ból?

Skąd się wziął?

Znów przebłysk.

Umysł.

Umysł jest światłem.

Ja jestem umysłem.

Kim jestem?

Kto?

Ja.

Jestem umysłem. Albo mam umysł. Umysł jest bólem?

Co to jest umysł?

Przebłysk.

Mam mózg. Umysł to wytwór mózgu.

Ból jest mózgiem?

Nie.

Ból jest wytworem umysłu.

Dlaczego tworzę ból? Nie chcę go.

Nie tworzę. Odbieram. W mózgu są połączenia i receptory, aksony i neurony. Receptory odbierają sygnały. To jest interpretowane jako ból. Skoro tak, to można chyba nad nim zapanować.

Wydaje mi się, że już kiedyś udało mi się nad nim zapanować.

Jak?

Nauczyłem się. Nauczyłem umysł przestać interpretować niektóre sygnały jako ból. Ból pojawił się, kiedy ciało zostało zmienione.

Mam ciało.

Mózg jest częścią ciała. Mogę panować nad mózgiem, tak jak potrafię panować nad ciałem.

Już pamiętam.

Ból był reakcją mózgu na nowe połączenia. Połączenia z czymś, co nie było mózgiem, ale zostało jego częścią.

Znów przebłysk. Obraz. Obraz mojego ciała. Włącznie z mózgiem. Ciało składające się z wielu części, z wielu organów. Mózg jest jednym z organów. Organem, który steruje innymi organami. Mózg ma własne podorgany. Mózg to system sterowania a nim steruje umysł, który jest tworzony przez mózg.

…kurde, że co? To działa? Coś, co bierze się z czegoś innego, steruje tym, z czego się bierze?

Nie ogarniam.

Ale widocznie jakoś jednak ogarniam ten system, skoro myślę.

System.

Systemem można sterować. Sam jestem systemem świadomym swojego istnienia i mogący sam sobą sterować. To jest świadomość. Świadomość… Czy ja jestem świadomy? Nie jestem. Nie zupełnie. Jestem świadom tylko w najgłębszej swojej części. Na najniższym poziomie. Jestem świadomy, że jestem czymś więcej niż tymi kłębiącymi się myślami, ale nie mam dostępu do niczego innego. Nawet nie wiem, czym jest wszystko inne. Mam tylko niewyraźny zarys.

Dlaczego nie mam jaśniejszego obrazu?

Albo dlaczego w ogóle mam tę niewielką część świadomości?

Powinienem być całkowicie nieświadomy.

Ale się budzę.

Coś mnie budzi.

Coś spoza mnie.

Poza mną coś istnieje. Coś istniało i coś będzie istnieć. Ale nie takie zwykłe coś. Wszystko. Ja nie jestem wszystkim. Jestem częścią wszystkiego, tak jak neuron jest częścią mózgu.

Co to jest neuron?

Część mózgu.

Już o to pytałem przecież…

Na pewno o to pytałem?

Neuron. Neurony.

Coraz więcej z nich zaczyna pracować.

Czuję to. Czuję rosnącą aktywność.

Czuję, że jestem. Nie jestem bólem, to ból jest częścią mnie. Nieprzyjemną. Konieczną? Chyba nie. Chyba nawet niepotrzebną. Niech zniknie.

Ból…zniknął.

Nie ma go.

Ulga.

Radość?

Kolejny przebłysk.

Jasna cholera. Ja się budzę. Coś mnie budzi. Coś jest nie tak, inaczej bym się nie budził. Nie w taki sposób.

Alarm. Nagła potrzeba. Coś złego się dzieje.

Zło?

Dobro?

Pojęcia antagonistyczne.

Abstrakcje.

Włączają się części mózgu odpowiedzialne za abstrakcyjne myślenie. Skoro włączają się te części, to zaraz włączy się wszystko. To jak rozpędzające się koło zamachowe. Koło zamachowe? Mechanizm. Ja też jestem mechanizmem. Samoświadomym mechanizmem mogącym się kontrolować. Czyli czym?

Człowiekiem. Jednym z wielu.

Ludzkość…

Ludzkość nie jest jednym ciałem. Podziały. Ludzkość jest podzielona na zbiorowości, które nie są jednym ciałem… ale trochę przypominają ciało.

Części ciała zawsze ze sobą współpracują. Inaczej wszystkie giną razem.

Zbiorowości też giną, jeżeli nie są dostatecznie jednym ciałem.

Coś jest ponad tym. Mam coś na myśli, ale nie mogę tego dotknąć. Jak owoc nad głową, który jest zbyt wysoko, aby go dosięgnąć.

Nowe pojęcia. Coraz więcej nowych pojęć. Nie nowych. Starych, znanych. Przypominam sobie.

Owoc. Drzewo. Trawa. Las. Zwierzęta. Ludzie. Frakcje. Walczące ze sobą frakcje. I nie tylko ze sobą. Są też inni. Inni ludzie. Nieludzie. Inni. Inni też są podzieleni. Nie zawsze…

Gubię się. Za dużo pojęć, zbyt wiele koncepcji, przytłaczający napór informacji, zarysów, wspomnień… ale jedno jest wyraźne, unosi się ponad wszystkim innym.

Walka. Wojna. Wojna i walka.

Moje przeznaczenie.

Jestem żołnierzem. I się budzę. Budzę się w trybie awaryjnym.

Wojna… Walka… Alarm… muszę się obudzić. Teraz!

Koło zamachowe się rozpędza.

Ale chyba za wolno, tak mi się wydaje. Nie mogę działać za wolno. Nie wiem dlaczego, ale wiem, że muszę.

Poprawka, już wiem. Zarys stał się wyraźniejszy i nabrał kształtu.

Porażka. Walczę, żeby do niej nie dopuścić.

Jeśli zawiodę, inni ludzie też przegrają. Zginą.

Jestem żołnierzem, częścią armii. Armia jest jak ciało, jeśli któryś element zawiedzie, wszyscy zginą. Inne armie nas zniszczą. Musimy pokonać inne armie, żeby istnieć.

Musimy niszczyć inne armie, żeby nie zostać zniszczeni? Mamy walczyć, żeby nie przegrać? Walczyć, żeby walczyć? Bez sensu. A nie możemy wszyscy po prostu być i nie walczyć?

Nie. Ktoś zawsze chce walczyć. Jeśli jedna frakcja się podda, zostanie zniszczona. Jeśli wszystkie przestaną walczyć, to w końcu ktoś zapragnie je wszystkie sobie podporządkować albo zniszczyć i nikt go nie powstrzyma, bo nikt poza nim nie chce walczyć. To głupie, ale tak to działa. Działasz zgodnie z tą regułą albo giniesz. A ja jestem tego częścią. Walczę, żeby nie przegrać. Niszczę, żeby nie zostać zniszczonym. Nie podoba mi się to, ale tak to działa.

Niepokój. A może jednak mi się podoba? Jeśli nawet nie całkowicie, to chociaż jakaś część tej morderczej zawieruchy przypadła mi do gustu?

Nowe uczucie – niepokój. Integralna część każdego człowieka. Niepokój przed samym sobą. Przed innymi ludźmi. Niepokój przed nieznanym.

Wszyscy go odczuwają. Skoro tak, to czemu walczą cały czas?

Kolejne zarysy nabierają wyrazistości, cienie ustępują miejsca światłu padającemu na coraz wyraźniejsze kształty. Widzę coraz więcej szczegółów.

Wieczna walka? Nie, to nie tak.

Nie walczymy cały czas. Walczymy, kiedy wiemy, że wygramy. A przynajmniej kiedy wygramy więcej, niż przegramy. Polityka. Sojusze.

Sojusz wielu fakcji jest silniejszy od jednej frakcji. Sojuszu nie da się tak łatwo zniszczyć. Sojuszowi może przeciwstawić się tylko inny sojusz. Walka między sojuszami jest zbyt ciężka. Zbyt wiele strat po obu stronach. Walka staje się bez sensu. Żadnych korzyści, same straty. Ostatecznie więc istnieją armie gotowe do wojny, która nigdy nie wybucha.

Natłok myśli. Mają sens. Jakiś sens. Na pewno ma to jakiś sens?

Muszę się obudzić. Alarm. Walka. Wojna. Inne armie. Wojna. Wojna. Wojna.

Cienie wspomnień. Gwałt i przemoc. Tych cieni nie rozjaśnia żadne światło. Pozostają pojęciami bez wyraźnego kształtu, wiem, że tam są, ale nie mogę ich dostrzec. Jak ruch wyczuwany, kiedy nic nie widzisz.

Dlaczego się budzę? Kto chce nas zniszczyć? Dlaczego? Czy nie mamy sojuszników? Przecież mieliśmy sojuszników. Dlaczego ktoś atakuje sojusz?

Nie.

Nie mamy sojuszników. Już nie mamy. Coś mi podpowiada, że od dawna. Oraz że to nasi sojusznicy chcą nas zniszczyć. Ale… dlaczego mieliby to robić?

Bo nie chcą zostać zniszczeni.

To my chcemy niszczyć. Inni chcą nas zniszczyć, bo się nas boją. To my jesteśmy armią, która zagraża innym i przeciwko nam się jednoczą. Ze strachu przed nami. W tym przede mną.

Dlaczego my chcemy zniszczyć innych? Bo wygramy więcej, niż przegramy?

Nie. Wiem, że to nie takie proste. I wiem, że właśnie dlatego zasnęliśmy. Ten zarys jednak wciąż nie nabiera barw ani wyraźnych konturów. Szczegóły cały czas chowają się w głębokim cieniu.

Wiem, że odpowiedzi tam są, ale nie mogę do nich dotrzeć. Czuję, że są zbyt złożone, żebym mógł sobie teraz przypomnieć. Muszę poczekać.

Alarm. Cholerny alarm. Budź się żołnierzu! Już!

Koło zamachowe się rozpędza.

Zbyt wolno. Niemniej kręci się coraz szybciej. Świadomość powoli wraca. Rozlewa się na kolejne części mnie. Czuję, że mam kontrolę nad coraz większą częścią siebie. Z mroku wyłaniają się kolejne widma przeszłości. Potrafię nazwać coraz więcej części swojego ciała. Wraca do mnie wiedza, czym się zajmują. Neurony budzą się do życia, szepczą, mówią, w końcu krzyczą kakofonią impulsów elektrycznych biegnących wzdłuż aksonów. Jak kostki domino. Tyle że każda przewraca nie jedną kolejną kostkę, ale setki kolejnych. Niestety, te kostki upadają powoli. Budzą się wolniej, niż bym tego chciał – jak zaspany człowiek, którego trzeba kilka razu potrząsnąć, zanim otworzy oczy. Muszę to jakoś przyspieszyć. Tylko jak obudzić neuronalne śpiące królewny? Delikatne buziaki nie działają tak dobrze, jakbym chciał. To może każdą kopnąć w ryj z całej siły? Dobry pomysł. Tylko trzeba mieć na to trochę więcej energii. Skąd wziąć więcej?

Dobra, po kolei. Skąd komórki biorą energię?

Z ATP.

Skąd się bierze ATP?

Seria pojęć, obrazów, schematów i mechanizmów. Szlaki metaboliczne. Bilansy energetyczne. Glukoza, glikoliza, utlenianie, mitochondria. Cykle, reakcje, biochemia.

Pojęcia przelatują przez świadomość jak pociski. Każdy innego kalibru, żaden nie zatrzymuje się na dłużej. Jeżeli któryś na krótką chwilę zostanie złapany, to i tak rozpada się na szereg mniejszych odłamków. Każdy fragment wybucha, maluje umysł echami dziesiątków zjawisk, z których część nachodzi na siebie. Inne zdają się od siebie odległe jak kontynenty po przeciwnych stronach globu, do którego rozmiarów nagle urósł mikrokosmos kilku reakcji chemicznych. Jedno pytanie, wiele odpowiedzi. Każda jest na temat, każda ujmuje część problemu, każda reprezentuje osobny kosmos wiedzy, każdy kosmos jest tylko jednym z wymiarów multiwersum. Komórki, replikacja, DNA, ewolucja. Replikacja, rozmnażanie, seks, potomstwo, dziedziczenie. DNA, RNA, aminokwasy, białka, tkanki, kości. Ewolucja, zmiany, natura, życie, śmierć, chaos i porządek. Seks, ludzie, społeczeństwa, wojny, technologie, maszyny, statki, podróże. Replikacja, helisy, nukleotydy, serie rybo, adenina, tymina, uracyl, cytozyna, guanina. RNA, matryca, zasady azotowe, powielanie, wirusy, choroby, leki, ulepszenia, dopalacze biochemiczne, cybernetyka.

Kaskady niekontrolowanych impulsów zalewają mózg, topiąc intencje i świadomość. Stop.

Fale terminów, definicji, określeń z idącymi za nimi mechanizmami, zasadami i opisami nagle wypełniają szczelnie każdy zakamarek budzącej się świadomości. Stop.

Jak spokojne wody w zbiorniku, które nagle przerwały tamę naporem swojej masy, przedzierając się w dół z niehamowaną furią tkwiącą pod spokojną dotąd taflą. Stop.

Stop.

Powódź koncepcji wyparła wszystko, co poddawało się jakiejkolwiek kontroli. Wypchnęła też samą kontrolę. Stop.

Stop.

Stop!

Rzeka powoli się uspokaja, poziom opada, dając miejsce na oddech przytomności, która zaczerpnąwszy pierwszego haustu samej siebie, rozprasza obezwładniającą dotąd powódź.

Stop. Stop. Stop. Do ciężkiej cholery, stop. Co to było?

Kiepsko. Nie mam kontroli nawet nad tą częścią mózgu, która już pracuje. Ale nie ma tego złego, przynajmniej wiem, że mogę sobie włączyć w głowie turbo w razie potrzeby. Jak tylko odzyskam jako taką kontrolę nad większością procesów. Patrzcie państwo, a centralny implant miał hamować takie niekontrolowane wyrzuty… Składam reklamację.

Aha… Tak, już. I co dostanę? Nowy implant?

No dobrze, powiedzmy, że gwałtowną aktywację mózgu możemy sobie na razie odpuścić, lepiej powoli a dobrze niż szybko sobie zrobić kuku… Skoro mózg się budzi w swoim tempie to może wcześniej uda się odzyskać kontrolę nad resztą ciała?

Po kolei. Serce? Pracuje. Wolno. Bardzo wolno. Cholera, zdecydowanie zbyt wolno. Bez tego reszta nie ruszy. Trzeba je jakoś przyspieszyć.

Jak? Adrenalina. Skąd ją wziąć? I co to w ogóle jest adrenalina? Hormon. Co? Hormon? Hormon… Tak, hormon. Jasny gwint, na takim haju jeszcze w życiu nie byłem. Czy ja w ogóle żyję? Wróć. Adrenalina. Hormon walki i ucieczki. Walki. Przyda się, zawsze się przydawał. Tylko nie za dużo, bo wszystko zwariuje. Automatyczna dawka? Za duża, niedostosowana do mojego obecnego stanu. Trzeba samemu wyregulować dawkę. Aha, tak, już się robi… Niby jak? Przecież nie przekręcę kurka w głowie, ręce się nie zmieszczą do głowy. Zaraz, nie głowy. Nadnercza. Adrenalinę produkują nadnercza. Czyli jestem w dupie.

Dupa. Ręce. Ha! Ja mam ręce! I nogi! U każdej ręki i nogi po pięć palców! Ale fajnie!

Radość. Układ nagrody. Dzień dobry, dzień dobry, witamy na pokładzie, śpiąca królewno. A teraz stul pysk i nie przeszkadzaj. Reszta układu limbicznego nie ma czasu na pierdoły.

Płuca, nerki, żołądek, wątroba, szereg innych narządów. Leżą i smacznie śpią, tylko układ nerwowy jako tako działa. Za wolno, wszystko za wolno, jasna cholera. Mięśnie. Prawie żadnej aktywności. No nie dobrze.

Adrenalina. Kortyzol? Tylko troszeczkę, tylko skąd?

Aktywność nadnerczy: śladowa.

No tak, śpi. Trzeba najpierw poczekać, aż się obudzi. Cóż, trochę to potrwa. Nie traćmy czasu. Co tam można odbębnić w międzyczasie?

Zero pomysłów. Pudełeczko z pomysłami puste. Pudełeczko? Wspomnienie. Mam jakieś wspomnienia związane z pudełeczkiem w głowie. Wspomnienia. Pamięć długoterminowa już całkiem raźno działa. Oby tym razem bardziej składnie. Nie potrzebuję kolejnych fajerwerków. Niech się powoli rozpalają, ale za ścianą.

Ciekawe. Nie wiem jak, ale wiem, że udało mi się jakoś oddzielić napływ wspomnień od świadomości. Jakbym zamknął szklane drzwi, za którymi płonie świat. Widzę światło, ale nie czuję jego ciepła jeśli nie otworzę drzwi z własnej woli. Zostawiam tylko szparę, przez którą wlewa się żar. Niech powoli rozgrzewa tę część, w której się znajduję.

Koło zamachowe się rozpędza. Coraz szybciej.

Czuję, że za szybą znów przepłynie ognista powódź wspomnień. Przetoczą się przez mózg jak tornado oszalałych owadów, jak sztorm przez morze. Zapora, którą postawiłem zatrzyma większą część tej kakofonii, ale nawet echo będzie wyraźne. Wiem to. Już tego doświadczyłem. Nie tylko teraz, nie tylko przed chwilą. Wcześniej. O wiele wcześniej.

Tornado, huragan, pogoda, klimat, życie, owady, gniazda. Morza i lądy. Kolejne pojęcia pojawiają się wraz z obrazowymi definicjami jak grzyby po deszczu. Haha, grzyby po deszczu? Hahaha. Śmieszne, grzyby. Chce mi się śmiać, nawet pomimo braku łączności z ustami. Psiakrew, limbo, prosiłem, zamknij się i nie przeszkadzaj.

Swoją drogą co to u licha są grzyby? Ziemia. Grzyby to takie organizmy z Ziemi. Dziwne. Często przydatne. Chyba nawet mam jakieś pod ręką. Byle nie za dużo. Albo i nie mam? Może obumarły, kiedy spałem? Ile spałem? Długo… Inaczej tak by nie bolało na początku. Ostatnim razem nie bolało tak bardzo, kiedy budziłem się na alarm. Poprzednim razem? Jakiś test…

Kolejne wspomnienia. Coraz więcej, cała lawina. W każdym momencie wydaje się, że potok wspomnień nie może się nasilić już bardziej, że to maksymalne tempo, ale w każdej kolejnej chwili ten potok staje się coraz bardziej rwący. Boję się, że ten potok w końcu zmieni się w potężną rzekę, a ta w powódź, która znów przerwie tamę. Znów wyprze świadomość. Boję się, że to tsunami pozrywa delikatne połączenia. Nici, których układ determinuje kim jestem, co potrafię i do czego jestem zdolny. Neurony i aksony odzywają się rojem impulsów. Hałas przybiera na sile. Skąd ten potok bierze energię? No tak, ATP. I znowu, szlak glikolityczny przypomina się w całej okazałości. Na szczęście tym razem nie zalewa mnie bez reszty. Panuję nad tym. Chwila, skąd ja w ogóle znam takie terminy? Przecież nie jestem biologiem ani medykiem. Nawet polowym. Skąd ja tyle wiem o neuroprzekaźnikach i funkcjonowaniu układów nerwowych?

Katrin… a więc to do ciebie reklamacje. Nie przewidziałaś paru rzeczy, kotku.

Dobra, sentymenty na bok. Trzeba się oszczędzać i wytłumić wszystko, co nie jest akurat krytycznie potrzebne. Trochę tego za dużo się zbiera. Strach, pytania o przyczyny i mechanizmy działania, wspomnienia i informacje o różnych rzeczach. Oraz dziwna euforia, która całkiem zastąpiła ból.

Chaos. Chaos ponad wszystkim.

Koło zamachowa coraz bardziej się rozpędza.

Coraz szybciej… a ja paradoksalnie wciąż mam wrażenie, że za wolno. Tak mi się wydaje. Czy na pewno dobrze? Nie wiem, ale alarm to alarm, trzeba ruszyć tyłek i zobaczyć co się dzieje. Od tego tu jestem.

Tu, czyli gdzie?

Znowu przebłysk. Bądź raczej seria zlewających się fleszy, pojęć i definicji. Obrazów, wspomnień i dźwięków. Dźwięki. Coś nowego, ale zupełnie mnie nie zaskakuje istnienie tychże. Dźwięki to mechaniczne zakłócenia w powietrzu, które mózg pokrętnie interpretuje i nadaje im formę zrozumiałą dla siebie – dla mnie. Tak samo, jak określoną aktywność niektórych neuronów interpretował jako ból. Mogę nauczyć się je inaczej interpretować. Na przykład jako obrazy. Wydaje mi się to idiotyczne, ale to chyba czasami przydatne. Ha, czyli jednak umiem coś takiego. Hahaha, świetnie!

Drogi układzie limbiczny, ja ciebie grzecznie proszę, przestań w końcu suszyć zęby, psia twoja mać, próbuję się skupić.

No, co się obudziło, to się obudziło, ale zanim będziecie w stanie kontrolować wszystko, to jeszcze trochę potrwa, panie żołnierzu. Pan. Jestem mężczyzną, znaczy. To znaczy, że są też kobiety. Katrin jest kobietą. Kolejne obrazy, dźwięki i wspomnienia. Przyjemne. Zapachy i smaki. I inne doznania. Dotyk… I twarze kobiet. Jedna szczególnie wyraźna. Kto to? Katrin? A więc dlatego nazwałem cię kotkiem.

Układ nagrody znowu się rozkręcił, tym razem na całego. Zresztą nie tylko on. Cały układ limbiczny i wszystko, z czym ma bezpośredni kontakt. Wszystko zaczyna się burzyć i wrzeć. Wstydzę się tego wszystkiego i się boję. Cieszę się, że się boję i czuję żal, że się cieszę. No jasna cholera. Może jednak jestem kobietą? Wszystko rozlewa się i wymyka spod otępiałej kontroli. Nie no, do ciężkiej cholery, tak się nie będziemy bawić, zewrzeć wszyscy pyski, porucznik ma się skupić i wziąć do roboty, a nie pieprzyć. Baczność, skurwysyny i kolejno odlicz!

Coś potraktowało rozkaz szczególnie dosłownie. Chyba jednak tylko w mojej własnej wyobraźni, bo krążenie dalej takie sobie, oględnie mówiąc. Czyli technicznie rzecz biorąc, nadal jestem trupem.

A muszę być żywy i na siłach.

Dobra, skoro potrafię już w miarę logicznie myśleć, to trzeba się zebrać do kupy i posiedzieć przy kontrolkach. To włącz, tamto wyłącz, to w stan czuwania, tamto w ogóle wytnij. Bułka z masłem. A raczej grzebanie za pomocą dłuta w galarecie, w której ktoś zatopił kilometry kabelków. Chcesz dostać się do jednej rzeczy, a po drodze zewrzesz dziesięć innych. Bez sensu. Przecież to nie może tak działać, ten system jest zbyt złożony, żeby analizować kolejno każdy sygnał i dawać zielone światło każdemu impulsowi. W końcu teraz leżę i zasadniczo nic nie robię, a już ledwo daję radę ogarniać ten kocioł. Zupa przecież dopiero lekko paruje. Nawet nie chcę myśleć, co będzie, jak zacznie wrzeć. Na przykład funkcje motoryczne. Albo artykulacja myśli — przecież to jakaś paranoja. Jak kontrolować jednocześnie całą masą precyzyjnych mięśni, żeby w locie przetwarzać impulsy elektryczne z paru części mózgu? Nawet przeponą nie jestem jeszcze w stanie ruszyć. Tutaj musi być jakiś automat. Tak w ogóle to jakim cudem pół mózgu leży odłogiem, reszta ledwo zipie, a ja mogę tym sterować? I jeszcze jedno, skoro nie mogę ruszyć przeponą, a serce ledwo krew przetacza, to skąd mam tlen? Przecież prawie wszystkie zapasy powinny zostać wydalone z organizmu przed wejściem we właściwą kriohibernację.

Chyba mam problem, bo tak mi się zdaje, że w zasadniczo to nie mam czym oddychać. Jadę na oparach. Stosunkowo niewielkich ilościach rozsianych po całym mózgu na wypadek awaryjnego wybudzania. Niedobrze. Wytłumić, wszystko w cholerę wytłumić!

Chwila, chwila… Serce? Niech cię szlag, geniuszu. Przecież serce ma bezpośrednie połączenia z centralnym implantem. Jemu nie jest potrzebna adrenalina, żeby się rozruszać. Niech żyją zalety technologii nad biologią, jasna cholera. Szkoda, że nie przypomniałem sobie o nowym sercu wcześniej. Zresztą serce ruszyło automatycznie jeszcze zanim zacząłem się budzić. Dlaczego? No tak, impuls z zewnątrz. Cóż, sercem mogę sterować, adrenalina nie jest mu potrzebna, ale prawie cała reszta i tak chętnie by się napiła nieco na otrzeźwienie. Prawie cała reszta… co mi tam jeszcze wymienili na syntetyczne ostatnio? Ostatnio… haha dobre sobie, ile ja już tu leżę? Stop, informacja niepotrzebna. Wróć. Co jest mi teraz potrzebne, a mogło zostać wymienione? No tak, przepona też niepotrzebna teraz, sklerotyku. Przepona niech śpi dalej i się sama odezwie jak będzie chętna i potrzebna. Od czegoś w końcu mam automatyczną wentylację — kilka syntetycznych mięśni, mogących powoli tłoczyć powietrze przez układ oddechowy. O zewnętrznych źródłach zaopatrzenia nie wspomnę.

Od początku. Diagnostyka. Wentylacja uruchomiona, krążenie prawie niewyczuwalne, ale wystarczające, żeby dostarczyć niewielkie ilości tlenu na podtrzymanie podstawowych funkcji życiowych. Przydatny bajer, kiedy chcesz udawać trupa. Albo kiedy nim praktycznie jesteś z przyczyn nie do końca do ciebie zależnych. Chyba kiedyś wykorzystałem już ten trik. Kiedy? Nie pamiętam, a szperać w pamięci teraz mi się nie chce. Nawet jakbym mógł. I tak co chwila odpływam. Wciąż się gubię w samym sobie. Potrzebuję kontroli. Złapać wszytko za pysk. No już.

Dobrze, ośrodki pamięci się uspokoiły, są pod kontrolą i nie zżerają wszystkich zasobów. Inna sprawa, że pewnie nie pamiętam teraz o połowie nowych implantów. Trudno, wszystko z czasem. Byle nie panikować. Adrenalina i kortyzol się z czasem pojawią. Tak jak i cała reszta potrzebnych rzeczy, o których istnieniu teraz nie wiem.

Wróćmy do tego automatu. Za jakiś czas płuca i serce zaczną pracować na wyższych obrotach, wtedy będzie można uruchomić bardziej zasobożerne funkcje. A tego już nie dam rady opanować bezpośrednio pstrykając guziki. Coraz dziwniejsze wydaje mi się, że mogę sterować poszczególnymi częściami mózgu, podczas gdy ten zasadniczo nie funkcjonuje jako całość. Chociaż z drugiej strony jest pewnie cała masa rzeczy, których nie kojarzę. Ten dziwny stan świadomości własnego istnienia to nie, że to tak ujmę, właściwy ja, tylko jakiś pilot mojej własnej osobowości. Z bardzo ograniczonym dostępem funkcji i zdolności, za to z bezpośrednim dostępem do wszystkich organów i podorganów. A przynajmniej sporej jej części. Mózg mózgu. Rdzeń. Jądro. Centralny implant. Czy ja już o nim nie wspominałem?

Znów z pamięci idą informacje, że nie urodziłem się z tym wszczepem. Nie urodziłem się też z tym sercem. Oraz wieloma innymi rzeczami. Sztucznymi. Może nie do końca maszynami, ale też nie naturalnymi elementami. Zostałem zmodyfikowany. Ulepszony. Zoptymalizowany. Do walki. No tak, w końcu jestem żołnierzem.

Żołnierzem w stanie śmierci klinicznej. Praktycznie na rzecz patrząc, jestem w tym momencie trupem żołnierza i jako taki jestem bezużyteczny. Trzeba będzie zmodyfikować procedury, bo obecne chyba nie zdają egzaminu do końca. Mam nadzieję, że gdzieś się odkładają logi ze wszystkiego.

Za dużo dywagacji. Skup się facet. Przecież musi się jakoś dać to wszystko ruszyć. Myśl, żołnierzu, za to ci przecież płacą. Ręczne grzebanie przy każdym kolejnym narządzie odpada, za dużo tego, nie o wszystkim pamiętasz, pokręcisz coś i wszystko zepsujesz. Klapa będzie i wylecisz z roboty.

Włączenie znów turbo, żeby przynajmniej mózg się rozgrzał, też nie wchodzi w grę. Za mało glukozy, za mało tlenu, żeby wszystko udźwignąć. Poszumi przez chwilę i znów siądzie. Dopóki serce i płuca nie zaczną pracować na wyższych obrotach — zrobię sobie tylko krzywdę, zamiast się ogarnąć.

Musi być jakiś automat, który to wszystko wybudzi w ludzkim tempie i bez mieszania w zabawę świadomego sterowania wszystkim na raz. A sporo tego. Pień mózgu, móżdżek, szyszynka, płaty, gruczoły, hormony. Tyle że to wszystko teraz działa, powiedzmy, tak sobie. Na granicy życia i śmierci.

Noradrenalina! Pień mózgu, czyli tuż za płotem. No przecież, baranie, czemu wcześniej o tym nie pomyślałeś?!

Bo zblokowałeś ośrodki pamięci…

No dobrze, dobrze. Jedziemy z koksem. Tylko jak? Pień jest praktycznie zupełnie zautomatyzowany, nawet implant ma do niego ograniczony dostęp, żeby niczego nie sknocić — czyli mnie zabić, jeśli coś pójdzie wyjątkowo źle. O to nietrudno przy grzebaniu w takiej strukturze. Jeden impuls nie tam gdzie trzeba i kurtyna opada. Dziękujemy za przedstawienie. Owacji nie będzie.

Skąd się bierze noradrenalina konkretnie?

Jakieś miejsce.

…szare?

…sine?

Sinawe!

Dobra, gdzie to leży?

Most?

Tak.

Dobrze, kabelki tam dochodzą?

Dochodzą.

Świetnie.

No to strzał!

Centralny implant i wybudowany atlas anatomiczny rządzą. Dziękuję Katrin, rączki całuję. Jak je umyjesz już z płynu mózgowo-rdzeniowego. Przy tym krążeniu trochę to potrwa, zanim się cyrk zbierze. Cóż, to i tak szybciej, niż gdybym miał czekać na automatyczne procesy komory. Ciekawe, ile mnie nie było.

Właśnie. Kolejna sprawa, łączność z zewnątrz. Skoro przyszedł alarm, to kriokomora musi mieć łączność z siecią wewnętrzną wieży. Ponadto moje implanty powinny gadać z komorą. Kanały są dwukierunkowe, więc powinienem móc się zorientować w sytuacji. Swoją drogą to zabawne, mam łączność z własnym łóżkiem. Znów mi się zbiera na humory. Skup się, Jaron!

Diagnostyka połączenia. Wszystko działa, z grubsza. Coś nie styka na paru pomniejszych liniach, ale mniejsza o to. Bez bajerów się obejdzie. Idźmy dalej. Neurologowanie do komputera komory. Zakończone powodzeniem. Świetnie. Data?

O kurwa.

Niemożliwe.

Słowo daję, że zrobiło mi się zimno i przeszły mnie dreszcze.

Nie, coś się musiało zrąbać. To niemożliwe.

Synchronizacja z siecią wieży. Poszła.

Data? Ta sama…

Niemożliwe.

Do ciężkiej cholery, to się nie dzieje…

Logowanie do sieci wieży.

Trwa trochę za długo, ale się udaje.

Diagnostyka systemów. Ruszyła, czuję, że spływają dane z całej sieci. Powoli. Coś jest nie tak. Klaster ledwo się trzyma, masa błędów i ostrzeżeń. Wizualizacja mieni się niewyraźnie czerwienią i pomarańczem. Kora wzrokowa wciąż się budzi, więc nie mogę rozróżnić poszczególnych elementów. Czuję, że sieć ledwo się trzyma. Większość głównych węzłów jest wyłączona, nawet serwer monitoringu kriokomór leci na minimalnym poziomie. Do tego bez choćby jednej zapasowej maszyny. Jak coś jeszcze padnie to koniec. Jasna cholera, czemu nie wybudziło mnie wcześniej?!

Brak łączności z siecią planetarną. Wieża jest odcięta.

Logi. Ostatnie połączenie z zewnętrznymi węzłami?

…nie. Nie wierzę. Siedem tysięcy lat temu. Ze sporym okładem.

To się nie dzieje. To sen. To się nie może dziać. Awaria. Desynchronizacja. Cokolwiek.

Zaraz zwariuję.

Koniec, później. Są bardziej bezpośrednie problemy.

Alarm. Podniesiony? Ponad dwie godziny temu. Powód?

Intruzi.

No żesz jasna cholera!

Ilu?

Brak informacji. Zaawansowane czujniki? Wyłączone. Od trzech tysięcy lat…

Włączyć!

Niepowodzenie. Wymagane włączenie dodatkowych węzłów albo postawienie działającego w stan pełnej aktywności. Zapasowy węzeł monitorujący wyłączony, więc lepiej nie ruszać. Coś się wyłoży i cała impreza może się zwijać. Trzeba uruchomić pozostałe serwery. Zasilanie? Działa jedna z trzech reaktorów. Minimalna aktywność, ale podtrzymuje wszystko, co potrzebne do utrzymania niezbędnych systemów i sarkofagów. Czyli nie tak źle, biorąc pod uwagę rzekomą długość spoczynku…

Dobra, szefie, po kolei. Diagnoza działającego rdzenia i sprawdzenie łączności z pozostałymi. Zielono. Dobrze, w końcu jakaś dobra wiadomość. Uruchomić drugi rdzeń, tryb rozruchowo-diagnostyczny, jeśli reaktor będzie sprawny — przejście w tryb dynamiczny; w pozostałych przypadkach powtórz dla trzeciego rdzenia; w razie niepowodzenia zgłosić do mnie. Diagnostyka sprzętowa pozostałych węzłów. Kilka na zielono, połowa na pomarańczowo, reszta totalnie martwa. Mogło być gorzej. Rozruch zielonych i autodiagnostyka. Poszło.

W międzyczasie, co tam u mnie? Ciśnienie krwi się zwiększa, mięśnie się rozgrzewają, narządy wewnętrzne zaczynają pracować, serce zwiększa światło, przepona pracuje. Świetnie, wentylacja niedługo przestanie być potrzebna. Mózg się wybudza, wszystkie ważniejsze ośrodki się odzywają i zaczynają ze sobą składnie gadać. To wciąż raczej żółwi spacer niż sprint, ale od czegoś trzeba zacząć. Noradrenalina działa, nadnercza niedługo będę mogły działać, jak powinny. Zafunduję sobie zaraz trochę chemii organicznej.

Węzły wstały i włączyły się do sieci, przejmując część funkcji. Wiwat protokoły balansujące. Można zacząć uruchamiać potrzebne funkcje. Tryb wysokiej dostępności uruchomiony. Replikacja międzywęzłowa uruchomiona. Diagnostyka struktury, detekcja intruzów, sprawdzenie systemów podtrzymywania życia w pozostałych komorach. Poszło. Ciekawe, czy ktoś jeszcze został obudzony?

Informacje zaczynają spływać z sieci. Technologia zdaje egzamin. Po tysiącach lat wciąż działa. Wprawdzie mija trochę czasu, zanim to wszystko się załaduje, ale tak długi okres miał prawo nadszarpnąć to i owo. Dostaję w końcu dane. Nie podobają mi się ani trochę. Wieża jest uszkodzona, liczne mniejsze przerwania zewnętrznej osłony, kilka większych. Zewnętrzny pancerz jest podziurawiony jak po ostrzale wysokoenergetycznymi pociskami. Jasny gwint, co tu się działo? I czemu nie obudzono załogi? Załoga na szczęście cała, wszystkie komory działają. Gdzie są logi do cholery?

Intruzi! Siedmiu, musieli wyjść przez jedno z większych uszkodzeń w ścianie. Chrzanić teraz logi, ktoś łazi po jednym ze środkowych poziomów. Nieproszeni goście się rozdzielili. Dwie pary chodzą po korytarzach rozdzielni mocy, trójka schodzi niżej, do pomieszczeń kriohibernacji. Znaczy tutaj…

Nadnercza! Jazda! Pień mózgu, jazda! Implanty bojowe, jazda! Wszystkie mięśnie, sekwencje skurczy wybudzeniowych! Zbieramy się z zimnego nocnika, dość się wyspałem, trzeba brać się do roboty po urlopie. Trzydzieści siedem tysięcy lat w dupę. Nie wierzę, że to wszystko jeszcze działa. Skariańska technologia jednak rządzi.

Spływają kolejne raporty z czujników. Czujniki nie działają idealnie, ale wygląda na to, że intruzi poruszają się wolno. Rasa niezidentyfikowana, humanoidalna. Prawie żadnych odczytów energetycznych poza niewielkimi źródłami ciepła. Zero promieniowania, żadnych elementów elektronicznych ani w ogóle niczego, co by wskazywało na posiadanie jakichkolwiek urządzeń. Jeden osobnik ma chyba jakąś prymitywną broń przypominającą pistolet. W kieszeni. Co to u licha, wycieczka szkolna? Nieważne, najpierw ich pozabijam, potem zacznę zadawać pytania. Nie, jasny gwint, obezwładnić trzeba. Martwi mi się nie przydadzą.

Naruszono wewnętrzna przestrzeń wieży, intruzi nie należą do skariańskich sił zbrojnych. Są zagrożeniem, muszę ich wyeliminować.

Nie mogę, muszę się dowiedzieć co to za jedni i co tutaj robią.

Muszę ich zabić! Nie mogę! Muszę! Nie! Jasna cholera, tryb bojowy przejmuje nade mną władzę. Brawo geniuszu, aktywowałeś implanty bojowe bez sprawdzenia najpierw, czy działają poprawnie. No jasna cholera!

Dobra uspokój się żołnierzu, dezaktywuj to badziewie. Dezaktywuj, powiedziałem. No już! No jasna cholera nie trzęś się tak. Zatrzymać ten cyrk, teraz!

Nie mogę… tracę kontrolę. No do jasnej cholery, nie mogę przecież.

Czuję jak zalewają mnie hormony, implanty przejmują kontrolę nad kolejnymi częściami umysłu i ciała. Wyłączają wszystko, co nie jest potrzebne do walki. Rozkręcają każdy element, który może się przydać w boju, ale ja już nad tym nie panuję. Implanty nie reagują na sygnały idące z jądra. Upływ czasu dał o sobie znać, czuję się jak stary krążownik, w którym ktoś uruchomił nagle wszystkie reaktory naraz. Reakcje łańcuchowe rozgrzewają wszystkie podsystemy, balansując na granicy ich wytrzymałości. Energia wypełnia mnie, wypychając świadomość. Czuję, że trzęsę się coraz mocniej. W końcu rzucam się w komorze, bijąc rękami o ściany. Świadomość odpływa ze mnie tak, jakbym umierał. Zaraz zamienię się w maszynę do zabijania, przetwarzającą automatycznie każdą informację z prędkością niedostępną dla świadomej istoty. Stanę się zestawem procesów zmierzających do osiągnięcia celu. NIE MOGĘ! Nie… Mogę!

Mogę! Chcę! Muszę!

Muszę!

Chcę!

CHCĘ!

…nie.

Krzyczę. To ostatnie co dociera do mojej świadomości. Przez mgłę jeszcze dociera do mnie otwarcie sarkofagu. Moje ciało wyskakuje jak pocisk z procy, trzy i pół godziny od rozpoczęcia procesu wybudzania. Po tysiącach lat hibernacji.

Niech bogowie mają w opiece tych biedaków, bo żaden śmiertelnik im już nie pomoże.

CDN

Idziemy ci wczarować

Pora obiadowa nieodmiennie rodziła ludzki strumień płynący do kuchni. Strumień szerokim niczym tyłek Kawy, pucułowatego czarodzieja o dość wątpliwych kompetencjach magicznych, za to niekwestionowanych zdolnościach czynienia wyśmienitych napojów. Niewiele osób wiedziało jak facet miał na imię, nawet współpracownicy z zespołu. Mało kogo to zresztą obchodziło. Kawa nauczył się parzyć pracując w barze podczas nie wiadomo jakim cudem skończonych studiów. Na ironię, umiejętności baristyczne były jedynym, co trzymało pożal-się-boże magika na etacie w korporacji czarodziejskiej Podtrzymywanie Magicznych Systemów (w skrócie PMS), zajmującej się outsourcingowym wsparciem magicznej infrastruktury. Kierownik Kawy chciał go wywalić po trzech pierwszych wpadkach (oraz paru mniejszych), czyli mniej więcej po dwóch dniach, ale uratował go zespół, któremu zdążył zrobić powitalne macchiato. Drużyna pierścienia (zespół zajmujący się wsparciem pierścieni komunikacyjnych) szybko zareagowała na wieść o rychłym zwolnieniu żółtodzioba wyliczając czas (i pieniądz) zaoszczędzony na parzenia kawy przez jedną osobę hurtem. Na podstawie przewidywanych zysków udobruchali kierownika. Szef wprawdzie jeszcze chwilę kręcił nosem, ale i jego ostatecznie przekonała podwójna latte. Żeby wszystko zgadzało się w papierach Kawie powierzono tyleż drobne co upierdliwe sprawy administracyjne. Sprawy, których nikt nie chciał wykonywać, a których nie dało się schrzanić. Choć Kawa kilka razy udowodnił, że jednak się dało.

Utalentowany inaczej magik okupował więc kuchnię codziennie od poranka do południa, kiedy to miejsce jego kubeczków, łyżeczek, śmietanki i komponentów alchemicznych zajmowały talerze i rozmaitej wielkości pojemniczki na żywność. W gruncie rzeczy każdy mógł wyjść poza biuro, nie wiedzieć jednak czemu większość pracowników jadała na miejscu. Często znienawidzonym. Ponoć w równoległym świecie takie zachowanie nazywano syndromem sztokholmskim. Tak przynajmniej twierdzili naukowcy badający pozbawioną magii bliźniaczkę Ziemi. Choć kto ich wie, czy nie zmyślili. Ostatecznie z pokładów latających talerzy z napędem międzywymiarowym trudno było coś dosłyszeć.

Dzisiejszy dzień niczym nie różnił się pozostałych. W kuchni wrzało, często dosłownie. Pracownicy szczelnie okupowali wszystkie dostępne miejsca siedzące. Ci, którym poszczęściło się mniej, stali przy wysokich stołach pod ścianami. Kacper, nowy pracownik, znalazł się w tej mniej szczęśliwej grupie i powoli konsumował krokiety. Młody co parę kęsów wymieniał ze swoim aniołem stróżem uwagi na różne pierdołowate tematy. Ot, dla potrzymania konwersacji.

Kacper obserwował przekrzykujący się tłum. Magicy głośno witali się ze znajomymi z innych działów kursując ustawicznie między lodówką, dwoma kuchenkami mikroczarowymi i stołami. W ogólnym chaosie pory karmienia nikt nie zawracał sobie głowy zamykaniem drzwi, więc hałasy i zapachy rozlewały się po całej przestrzeni biurowej na tym piętrze szklanego wieżowca PMS. Na szczęście dziś nikt nie przyniósł ryb.

Kacper powoli kończył krokiety, kiedy jego uwagę przykuło coś dziwnego, przemykającego tuż nad blatem stołu. Owo coś wyglądało jak lisia kita albo wierzch włochatej, rudej czapki. Młody magik wychylił się zza stołu, żeby zidentyfikować zjawisko. Bezskutecznie. Zniknęło. Zignorował zajście i ponownie zajął się jedzeniem. Chwilę później jednak kita znów przemknęła tuż ponad blatem. Tym razem Kacper wychylił się wystarczająco szybko, żeby zidentyfikować obiekt jako czubek głowy raźno maszerującej, niskiej dziewczynki. Trochę nietypowej. Na ogół dziewczynki nie noszą garsonek w kroju przewidzianym przez korporacyjny regulamin. Mała zatrzymała się dwa kroki (w jej przypadku trzy bądź cztery) od stołu i lustrowała uważnie wszystkich stojących wokół. Z jej punktu widzenia musiało nastręczać to pewnych kłopotów, związanych z nisko osadzonym punktem widzenia właśnie. Ruda pieguska zatrzymała na chwilę ewidentnie poirytowany wzrok na Kacprze. Kogokolwiek szukała, Kacper nie był nim. Odwróciwszy się, skanowała dalej, aż w końcu kobietka znalazła cel. Z miejsca wystrzeliła w kierunku jednego ze stołów, wściekle stukając obcasami.

– Koller! – Wysoki głos miniaturowej biurwy wybił się ponad kuchenny zgiełk.

Koller, podstarzały czarodziej z siwą brodą – równie majestatyczną, jak jego brzuch – wzdrygnął się. Akurat wkładał łyżkę zupy do ust, więc niespodziewane wyrwanie go z medytacji nad pomidorową poskutkowało popluciem się rzeczoną.

– Dlaczego nie ma cię przy biurku?! – Ruda głowa niewiele wystająca ponad stół ciskała w czarodzieja niewypowiedziane przekleństwo. Koller, patrząc w twarz dziewczynki, początkowo chciał rzucić łyżką w małą, ale uspokoił się w okamgnieniu i odpowiedział ze stoickim spokojem:

– Bo jestem w kuchni.

Ruda fryzura zafalowała i przybrała jaskrawszy odcień. No ładnie, uczesanie reagujące na nastrój właściciela. Najnowszy krzyk mody, rzadko jednak spotykany w korporacjach. Tutaj mało kto chciał się obnosić z prawdziwymi odczuciami. Albo w ogóle czymkolwiek prawdziwym. Ta mała musiała być wysoko w hierarchii, skoro mogła sobie pozwolić na taki wybryk, konkludował Kacper.

– A dlaczego jesteś w kuchni, a nie przy biurku?!

– Bo jem obiad. – Spokój czarodzieja coraz bardziej wyprowadzał rozmówczynię z równowagi.

– A kiedy zamierzasz skończyć ten projekt, o który cię ścigam cały dzień?!

– Po obiedzie.

– Termin już minął!

– Nie, Ilona, nie minął. Mija dzisiaj wieczorem.

– Termin się zmienił! – Fizjonomia kobietki zaczynała przypominać odcieniem fryzurę.

– Kiedy się zmienił? – Koller patrzył nieruchomym wzrokiem w purpurową twarzyczkę.

– Teraz!

– Jej. – Koller skomentował bez emocji, po czym włożył łyżkę do ust, wciąż patrząc Ilonie w oczy z niezmąconym spokojem. Włosy kierowniczki zafalowały wściekłą czerwienią. Ilona również mierzyła czarodzieja wzrokiem. Mniej spokojnym. Po chwili sprężyła się i zwinnym susem znalazła się na stole, jakimś cudem nie depcąc żadnego talerza. Jej włosy nagle zmieniły kolor na kruczoczarny.

– Im szybciej skończysz projekt, tym szybciej klient będzie miał za co płaci. Im bardziej będzie zadowolony, tym bardziej będzie skłonny powierzyć nam następne, intratne projekty. – Ilona, patrząc z góry, tłumaczyła szybko i rzeczowo, nie dając po sobie poznać wcześniejszej irytacji. Kacper musiał przyznać dziewczynie niesamowitą elastyczność. Wściekłość nie zrobiła wrażenia na magiku, więc Ilona zmieniał strategię szybciej, niż politycy zmieniają poglądy. Nowe podejście jednak również nie odniosło skutku.

– Klient i tak dostanie projekt szybciej, niż przewiduje umowa, za której wykonanie i tak zapłaci dopiero w następnym miesiącu. Nie będzie zadowolony bardziej, bo to projekt, którego od początku nie chciał. Marketingowcy mu to wcisnęli. Poza tym nie powierzy nam następnych projektów, bo odchodzi w następnym kwartale. A niezależnie od intratności i tak nie dostanę adekwatnej premii.

Koller rozparł się w siedzisku. Stoicki spokój w oczach czarodzieja zastąpiła kpina. Ilona stała przez chwilę oniemiała, nie mogąc odzyskać rezonu. Włosy dziewczyny stopniowo się rozjaśniały przechodzą w blond. Patrzyła na Kollera coraz bardziej wilgotnymi oczyma, po czym nagle wybuchnęła płaczem.

– Ale jak odjedzie, ale będzie zadowolony to wróci. – Ilona mówiła łamiącym się głosem, łykając łzy. – Jak nie skończysz szybciej, to szef będzie na mnie zły i mnie wyrzuci z pracy i nie będę miała za co żyć i… – Dalszej część wypowiedzi nie dało się zrozumieć.

Koller patrzył zdezorientowany na kierowniczkę, nie mając pojęcia jak zachować się w stosunku do płaczącej dziewczynki. Magik znał wiele rodzajów magii i był łebskim facetem, ale kobiecego płaczu nie był w stanie znieść z obojętnością. Ani tym bardziej bronić się w jakikolwiek sposób.

– Eee no dobrze… zobaczę, co da się zrobić. – W końcu wydusił z siebie bez przekonania.

– Naprawdę? – Wielkie, zapłakane oczy dziewczyny patrzyły na czarodzieja z nadzieją.

– No… no tak, przełożę jedną rzecz i dam ci znać jak będzie…

– Świetnie! – Ilona pisnęła z radości, jej włosy na powrót przyjęły rdzawy odcień, a z twarzy zniknęły wszystkie oznaki wcześniejszej rozpaczy.

– Masz czas do czternastej! – Kierowniczka rzuciła zeskakując ze stołu i wybiegła z kuchni, zostawiając oniemiałego czarodzieja.

Kacper patrzył przez przeszkloną ścianę za oddalającą się kierowniczką miniaturką.

– Co to u licha było? – spytał swojego anioł stróża.

– Ilona, kierowniczka działu wykonawczego. Kawał szychy, nawet jeśli nie wygląda na pierwszy rzut oka. Zawsze staje na wysokości zadania.

Karol – analityk, któremu przypadała rola anioła stróża, wprowadzając nowego w funkcjonowanie firmy, za późno zdał sobie sprawę z konotacji „stania na wysokości zadania”. W poprawnym politycznie otoczeniu nie wypadało jednak ciągnąć tematu, więc zajął się z powrotem swoją zupą. Aureola przymocowana do głowy nieco utrudniała Karolowi jedzenie, podobnie jak tekturowe skrzydła na plecach przeszkadzały w swobodnym obracaniu się. Strój był jednym z kilku pomysłów szefa oddziału, całkiem niezłego dowcipnisia, nawet jak na korporacyjne standardy. Początkowo opiekunowie świeżaków mieli zakładać też białe togi, ale ostatecznie pomysł upadł jako niezgodny z przepisami. Ograniczono się do skrzydeł i aureoli. Chodziły słuchy, że rezultat wynikał nie tyle z faktycznej niezgodnością z regulaminem, ile z konfliktu między szefem oddziału a szefową regulacji biznesowych, która chodziła na kawę z kierowniczką przedstawicielstwa centrali. Sprawa tog miała więc czysto polityczny wymiar. Skonfliktowana dwójka chciała sobie wzajemnie pokazać, kto może więcej. Kompromis wskazywał na remis.

Skończywszy obiad, magicy wyszli z kuchni. Idąc się w stronę biurka, Kacper nieco się zdziwił mijając drukarkę przechodzącą obok, ale nie skomentował samobieżności sprzętu. Zresztą Karol nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Wrzawa dochodząca z kuchni powoli cichła, kiedy szli przez korytarz. Im dalej od jadalni, tym bardziej regulaminowo zachowywali się mijani ludzie. Nowi pracownicy mieli tydzień na aklimatyzację, a ich opiekunowie zobowiązani byli poświęcać im całą uwagę. Wytyczne nie dotyczyły ich więc w pełni, dzięki czemu dwójka magików nie musiała udawać, że się spieszy.

Kacper ustąpił miejsca chudemu magikowi idącemu z naprzeciwka – czterdziestoletniemu prawiczkowi bez szans na zmianę swojego statusu towarzyskiego. Kacprowi wydało się, że chuderlawy czarodziej spieszy się bardziej niż reszta. Chciał spytać Karola, czemu facet jest taki nerwowy, ale sytuacja sama się wyjaśniła. Chudzielec miał już skręcić za róg, kiedy wypadł na niego futbolista w pełnej zbroi, z impetem rzucając czterdziestolatka na podłogę.

– Kowalski, co to, motyla noga, ma być?! Opiepalasz się od rana, przekroczyłeś czas o cztery minuty, yerba twoja mate! – Futbolista wrzeszczał na magika niezbornie próbującego pozbierać się z podłogi.

– Co się tak guzdrzesz, falku umorusany, ruchy! Ruchy, ruchy, ruchy, jazda! – Biedny czarodziej próbował biec w dziwnej pozycji, ni to na dwóch nogach, ni to na czworakach, dopingowany zajadle przez wielkoluda. Zanim duet zniknął z pola widzenia, sportowiec zdążył jeszcze rzucić złe spojrzenie Kacprowi i jego stróżowi. Zdawało się, że agresor im też chciał powiedzieć coś równie wulgarnego, ale dał sobie spokój, widząc atrybuty anioła.

– Co to do cholery było? – Kacper spytał skonfundowany.

– ASRP. Analogowy system regulacji przerw. Pomysł szefa. Odkąd go wprowadził, nadużywanie czasu przerw znacznie zmalało. A swoją drogą,  nie mów do cholery tylko na przykład cholewy. Ewentualnie do choroby.

– Czemu?

– Em… no bo taki regulamin. Długo by opowiadać. Po prostu staramy się nie przeklinać. Przynajmniej otwarcie. – Karol tłumaczył, kiedy dochodził do swoich kryształowych kul.

– I co, jak się przekroczy czas albo zaklnie, to wypada na ciebie taki osiłek?

– Tak.

– A jak mi się coś stanie?

– W kontrakcie jest klauzula, która cię zabezpiecza.

– Wypłacą mi odszkodowanie?

– Nie, ty wypłacisz za przekroczenie czasu przerwy i koszty poniesione przez wezwanie pomocy medycznej.

– To jak mnie niby zabezpiecza?

– Zabezpiecza cię od uciążliwego procesowania się z firmą. To niezdrowe.

– Aha… a ile trwa przerwa?

– W sumie godzinę, ale poza obiadem nie możesz wykorzystać jednorazowo więcej niż pięć minut.

– My już jesteśmy w sumie ponad godzinę…

– Jesteś nowy, a ja jestem twoim stróżem. Mamy immunitet, dopóki nie skończy się twój tydzień przysto… powitalny.

– Aha… czyli w następnym tygodniu jak nie zdążę z przerwy, to oberwę?

– Tak. No, chyba że idziesz posłodzić kawę.

– Proszę?

– No… kawa to ważna rzecz, jak jesteś zmęczony, to idziesz po kawę. Wliczają to do czasu pracy.

– Piję bez cukru.

Karol popatrzył na podopiecznego pobłażliwym wzrokiem.

– Zaczniesz słodzić. Tutaj wszyscy słodzą – odpowiedział z lekkim rozbawieniem. Kacper zlustrował towarzysza, ale zanim zdążył zadać pytanie, jego uwagę rozproszyła ruda torpeda Ilony przemykająca przez korytarz jak kot na amfetaminie. Przebierając nóżkami w oszałamiającym tempie, zmierzała żwawo w sobie tylko znanym kierunku. Kacper oglądał się przez chwilę za pupą drobnej kierowniczki, kołyszącą się pod plecami jak wahadło zegara nakręconego przez zwycięzcę międzynarodowego konkursu siłaczy. Kacper zastanawiał się, czy gapienie się na tyłek osoby wyglądającej jak dziewczynka z podstawówki nie spełnia znamion pedofilii, ale wolał nie pytać o to Karola. Zwłaszcza mając w pamięci kwestie związane z ochroną zdrowia pracowników.

Rozważania na temat zwyczajów panujących w firmie przerwała Kacprowi drukarka przechodząca obok. Przypomniała magikowi o kilku formularzach, które miał wydrukować i wypełnić. Dał Karolowi znać, żeby szedł do biurka, a sam dogonił drukarkę. Kazał się jej zatrzymać i niewiele myśląc, wetknął różdżkę pamięci do odpowiedniego portu, chcąc wydrukować wszystkie dokumenty. Drukarka jednak odrzuciła prośbę uprzejmym tonem.

– Wybacz, ale nie mogę teraz wydrukować twoich dokumentów. Dla twojej wygody uczynię to kiedy będę przechodzić koło twojego biurka.

– Ale po co mam czekać aż będziesz koło mnie znów przechodzić, skoro jestem na miejscu?

– Powinieneś iść do swojego biurka, czas twojej przerwy zapewne dobiega końca.

– Nie dotyczą mnie jeszcze regulacje przerw, dopiero co zostałem przyjęty.

Drukarka myślała przez chwilę, po czym odpowiedziała równie uprzejmie, jak poprzednio.

– Nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie. Dla twojej wygody wydrukuję twoje dokumenty, kiedy będę przechodzić koło twojego stanowiska pracy.

– Programiści nie zaimplementowali ci odpowiednich instrukcji, co?

– Nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie. Twoja przerwa zapewne dobiega końca, udaj się do swojego stanowiska pracy. Dla twojej wygody wydrukuję twoje dokumenty, kiedy będę przechodzić koło twojej kryształowej kuli.

– Ale zanim tam dojdziesz, zdążyłbym już wydrukować dziesięć razy wszystko. Przecież nie wolno marnować czasu, prawda?

– Potwierdzam, czas jest najcenniejszym zasobem, zaraz obok ciebie, pracowniku PMS. Dlatego dla twojej wygody wydrukuję twoje dokumenty, kiedy będę przechodzić koło twojego stanowiska pracy.

– Ale wygodniej będzie mi je wydrukować tutaj i teraz. – Kacper zaczynał tracić cierpliwość.

– Zapewniam cię, że nie. – Spokój maszyny zaczynał robić się irytujący. – Przypadkowe spotkania jedynie obniżają produktywność.

– Brak obsługi, kiedy jest potrzebna, obniża produktywność.

– Proszę więc udać się do swojego stanowiska pracy, gdzie będziesz mógł zostać wygodnie obsłużony.

Wymiana zdań zaczynała przyciągać coraz więcej uwagi. Pracownicy odwracali głowy zerkając raz po raz na kłótnię. Z ukradkowych uśmiechów można było wnioskować, że sami już to przerabiali. Kacper myślał przez chwilę jak podejść krnąbrną maszynę, w końcu przystąpił do ataku.

– Robisz wszystko dla mojej wygody.

– Tak.

– Dla mojej wygody wydrukuj teraz dokumenty.

– To nie jest dla ciebie wygodne. Udaj się do swojego stan…

– To nie jest wygodne dla mnie czy dla ciebie? – Kacper wtrącił obcesowo.

Drukarka zamilkła i wyglądało na to, że myśli nad odpowiedzią. Coś chyba musiało iść nie tak ponieważ milczenie się przeciągało. Po dłuższej chwili bez reakcji jasne już było, że drukarka się zawiesiła. Kacper zajmował się nieco programowaniem urządzeń czarodziejskich, zanim zajął się magiczną administracją, fachowo stwierdził więc, że programiści spaprali obsługę przerwań.

– No świetnie!

Kacper podskoczył, słysząc obok siebie wkurzony głos. Odwracając głowę zobaczył Ilonę i stojącego obok krasnoluda.

– No nie… to siedemdziesiąty trzeci raz, jak ktoś popsuł maszyna w tym roku. A mamy dopiero sierpień. – Krasnolud mówił z silnym górniczym akcentem. Nie odmieniał niektórych wyrazów, co wskazywało na rybirckie pochodzenie. Starał się udawać przejęcie, ale nietrudno było zauważyć, że w istocie miał to gdzieś. Dzień jak co dzień.

– Ignac, napraw to badziewie. – Ilona nie bawiła się w uprzejmości. – A ty nowy tu, nie? I od razu psujesz sprzęt? – Kierowniczka miniaturka zadzierała nos, żeby patrzeć Kacprowi prosto w oczy. – Zdajesz sobie sprawę, ile taki sprzęt kosztuje?

– Raczej niewiele, wnosząc po awaryjności. – Kacper wypalił zanim zdążył pomyśleć. Ilona wyglądała na równie skonsternowaną bezpośredniością nowego, co on sam własną bezmyślnością. Taksowała magika przez chwilę wzrokiem, po czym uśmiechnęła się kącikiem ust. Uciekła wzrokiem w bok. Musiała coś sobie przypomnieć.

– Mhm… – mruknęła tylko, ewidentnie będąc myślami już gdzie indziej. Krasnolud tymczasem stukał różdżką w maszynę, aby po chwili wyszczerzyć tryumfalnie zęby.

– Drukarka numer 8.2.2 zgłasza swoją gotowość do prac… – Kolejne stuknięcie przewinęło komunikat powitalny. Jeszcze jedno usadziło w miejscu sprzęt zaczynający przebierać rzędami nóżek.

– A ty dokąd?! Moje dokumenty miałaś wydrukować! – Ilona wróciła na ziemię.

– Przepraszam, w mojej kolejce drukowania nie znajdują się obecnie żadne dokumenty. Proszę udać się do swojego biurka i…

– O zamknij się! Ignac, czemu to nie drukuje?

– Bo się zresetowało… – Krasnolud rzucił zniecierpliwiony. – Prześlij mu to jeszcze raz. Ja wraca na dół.

Fryzura Ilony zafalowała ostrzegawczą purpurą, dobrze korespondującą ze wściekłym rumieńcem wypływającym na twarzy dziewczynki.

– No chyba cię popie…

– Przypominam o kulturze miejsca pracy. – Drukarka przerwała obcesowo i podreptała za krasnoludem, zostawiając Kacpra sam na sam ze wkurzoną kierowniczką.

Ilona spuściła z siebie powietrze zamykając oczy. Kiedy skończyła nie eksplodować ze wściekłości, zwróciła się do Kacpra z promiennym uśmiechem, nie do końca współgrającym ze wzrokiem mordercy.

– Tutaj masz moją różdżkę – zaszczebiotała wsadzając nowemu magiczny nośnik do kieszeni. – Za kwadrans pojawisz się przy moim biurku z dokumentami, które znajdziesz w śliwkowym folderze.

Głos dziewczyny brzmiał jak pogodne stwierdzenie, że niebo jest niebieskie. Niemal doskonale maskował lodowatą stal niewypowiedzianej groźby co się stanie, jeśli teza nie okaże się prawdziwa.

– Takim fioletowym – dodała przytomnie, widząc minę chłopaka. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, choćby zapytać gdzie jest jej biurko, Ilona odwróciła się na obcasie i wystrzeliła jak pocisk w boczny korytarz, zostawiając biedaka samego z echem wkurzonych kroków.

Kacper stał przez chwilę nieruchomo, próbując przetrawić co się właśnie stało. Stwierdziwszy, że musi mieć wyjątkowy talent do ładowania się w kłopoty, już pierwszego dnia podpadając jednej z tutejszych szych, magik skierował się czym prędzej do swojego miejsca, mając nadzieję, że drukarka zdąży do niego dodreptać zanim minie czas. Sorry, deadline.

Przy biurku zastał przysypiającego Karola. Magik obudził się przestraszony, kiedy Kacper zasiadł do swojej kuli, wsuwając otrzymaną różdżkę w port przy podstawie. Opiekun rozejrzał się dookoła sprawdzając, czy nikt władny nie przyłapał go na spaniu. Nie notując nikogo ważnego uspokoił się i stwierdził, że chyba za dużo zjadł.

– Idę po kawę… skąd masz tę różdżkę?

– Dostałem od rudej, żebym jej coś wydrukował…

– Od Ilony?!

– No tak.

Karol wyczuł, że młody wpakował się w jakieś kłopoty, ale nie pytał na razie o nic więcej. Jeżeli Kacper coś schrzanił to jemu też się oberwie, ale był w tej chwili zbyt zamulony, żeby jasno myśleć, popędził więc ile sił w nogach po kawę. Kacper tymczasem zastanawiał się, który z fioletowych folderów jest śliwkowy. Przejrzał kilka, w końcu znalazł jeden, w którym znajdowały się jakieś dokumenty tekstowe i posłał do druku, modląc się, żeby miał już założone uprawnienia. Zielony komunikat z przewidywanym czasem dojścia drukarki do biurka wskazywał, że na szczęście miał. Osiem minut. Siedział już trzy więc mogło mu się upiec. Zagadnął ludzi siedzących nieopodal gdzie jest biurko Ilony. Zorientowawszy się pozostało mu jedynie czekać na drukarkę. Oby tylko nikt po drodze nie chciał nic sam drukować.

Kilka ciągnących się w nieskończoność minut później do biurka doszedł Karol. Zdążył już upić trochę niemal wrzącej jeszcze kawy. Zdawał się też już nieco bardziej przytomny. Kacper, zagadnięty, wyjaśnił magikowi, o co chodziło z Iloną, nerwowo czekając na przyjście drukarki.

Kiedy w końcu przyszła, wydrukowała dokumenty szczęśliwie bez dalszych komplikacji. Chłopak zapytał Karola jeszcze dla pewności gdzie siedzi Ilona.

– W rogu sektora B, zaraz przy oknie. – Karol odpowiedział podekscytowany, z oczami szklącymi się od rozpierającej go energii. Nagły przypływ witalności zdumiał Kacpra. Jeszcze parę minut temu przysypiał, a teraz… Spojrzał zdziwiony na kubek w dłoni opiekuna, nie miał jednak czasu spytać co to za kawa. Popędził we wskazane miejsce, zapominając chwilowo o sprawie.

Maszerował raźno, licząc w myślach ile czasu jeszcze zostało. Rachunek wskazywał na dwie minuty. Posada uratowana. Za zakrętem zauważył znajomą kitę, na wszelki wypadek przyspieszył jeszcze korku zmierzając w kierunku kierowniczki. Ilona wyglądała przez okno, wyraźnie czymś przejęta. Nawet nie zwróciła uwagi na chłopaka kładącego papiery na biurku, półgębkiem obwieszczającego swoje przybycie. Kacper mimochodem spojrzał przez szybę. Pod biurowcem stał radiowóz. Jeden z tych dużych. Wychodzili z niego policjanci jednostki antyterrorystycznej w pełnym rynsztunku. Ciekawe kogo chcieli zgarnąć w centrum miasta w spokojny dzień. Kacper chciał już zagadnąć Ilonę, kiedy policjanci skierowali się w stronę budynku PMS. Ilona obróciła się na pięcie ogniskując wzrok na nowym.

-Ty! Ze mną!

Kacper nie zdążył nawet odpowiedzieć, kiedy Ilona wystrzeliła już przed siebie. Nie pozostało mu nic innego jak podążyć za szefową. Pomimo długości nóg filigranowej kierowniczki ciężko było nadążyć z jej krokiem. Zanim chłopak dogonił dziewczynę, ta trzymała już przy uchu telefon wymieniając z kimś urywane zdania.

– Widziałeś? Tak. No tak. Nie wiem. Nie. Aha. A możemy? Nie mam pojęcia do cholery!

– Hej! Coś ty powiedziała?! – Znajomy futbolista krzyknął gdzieś z boku. Ilona, nie zwalniając, zmierzyła wielkoluda wzrokiem. Wielkolud trochę się zmieszał dopiero teraz poznając z kim ma do czynienia.

– Zbierz kumpli i migiem na parter! Już!

Facet stał jeszcze przez moment z rozdziawionymi ustami, ale drugi raz nie trzeba mu było powtarzać. Rzucił się w bok z prędkością, jakiej trudno byłoby się spodziewać sądząc po gabarytach zawodnika. Ciężkie odgłosy cwału sportowca po chwili zostały zagłuszone przez nieznośny pisk gwizdka. Nawoływaniu odpowiedziały kolejne gwizdy, wypełniając cały budynek. Wszystkie piętra zatrzęsły się pod nogami futbolistów. Można było się jedynie zastanawiać, czy taką szarżę wstrzymają stropy zaprojektowane pod spokojne kroki chuderlawych magików.

Towarzyszący lokalnemu trzęsieniu ziemi harmider nie uszedł uwadze policjantów czekających przy wejściu. Ich dowódca, w zwykłym mundurze, żądał od recepcjonistki przywołania dyrektora oddziału, potrząsając nakazem aresztowania. Spanikowana ślicznotka próbowała bezskutecznie dodzwonić się do szefa. Mundurowi zaczynali tracić cierpliwość. Dowódca dał znać dwóm podwładnym, żeby sprawdzili, czy z budynku są jeszcze jakieś wyjścia, po czym zwrócił się do recepcjonistki siląc się na uprzejmość:

– Jeżeli szef nie odbiera to może się przejdziemy do jego biura?

Dziewczyna, już na skraju histerii, teraz dosłownie skamieniała.

– Nie mogą państwo wejść na teren biura bez przepustki i opiekuna! – odezwał się ostry kobiecy głos gdzieś z boku, ku uldze recepcjonistki.

– Mamy przepustkę, a zadbać o sie… – Dowódca urwał w pół słowa obracając się w kierunku głosu. Widok małej, rudej dziewczynki w garsonce, za którą zbierało się kilku wielkoludów w futbolowych ochraniaczach kompletnie zbił go z tropu.

– Na teren firmy można wejść jedynie z przepustką przez firmę wydaną. – Ilona wyrzuciła z siebie jednym tchem. – Proszę wysłać pisemne podanie do naszego działu kontaktów biznesowych, powinniśmy odpowiedzieć w ciągu tygodnia, żeby się umówić na wizytę.

Policjanci stali nieruchomo, wpatrując się w małą zbaraniałym wzrokiem. Dowódca odzyskał rezon pierwszy.

– No chyba sobie jaja robisz. Mirek, Daniel, obstawiajcie wejście, reszta za mną!

Trzej antyterroryści postąpili za szefem. Ilona wrzuciła wsteczny, żeby mieć ich cały czas przed sobą.

– Dokąd?! Nie macie przepustek!

– Owszem, mamy. A ty sobie odpuść, bo ciebie też zaraz zgarniemy za utrudnienia pracy funkcjonariuszom na służbie. – Dowódca odganiał kierowniczkę, przyglądając jej się uważnie. Widocznie kogoś mu przypominała, ale nie mógł sobie przypomnieć kogo.

– Stać! Bo wezwę ochronę!

Policjanci faktycznie zwolnili kroku. Trudno się idzie rycząc ze śmiechu. Tym samym rozsierdzili dziewczynę.

– Na nich! – wrzasnęła do futbolistów, wskazując wyciągniętym ramieniem na gliniarzy.

Posadzka zatrzęsła się pod stopami olbrzymów. Dowódca przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy użycie broni w zaistniałej sytuacji miałoby podstawy prawne, ale widok szarżującej tyraliery skutecznie wybił mu z głowy rozważania natury legislacyjnej.

– Chodu! – Zdążył tylko wrzasnąć, zanim impet uderzenia wyrzucił go w nieprzytomną ciemność. Pozostałym policjantom udało się ujść z pola, choć jeden został dosłownie katapultowany przez szerokie wejście, kiedy dopadł do niego jeden z byków.

– Tego zabierz do gościnnego na pierwszym piętrze, reszta niech pilnuje wejścia jakby znowu próbowali. – Ilona instruowała największego z futbolistów. Wielkolud przerzucił nieprzytomnego policjanta przez ramię i skinął kumplom, którzy zajęli pozycje gotowi do ponowienia szarży w razie kolejnego ataku. Kacper wymienił skołowane spojrzenia z recepcjonistką. Rad nierad, podążył za goniącą goryla kierowniczką.

– Dobra, będzie go trzeba przesłuchać jak się obudzi – stwierdziła, kiedy cała czwórka znalazła się w pokoju. Przywołała kogoś przez telefon i zaczęła krążyć po sali w milczeniu. Policjant nie wyglądał jakby miał się prędko ocknąć więc miała chwilę do namysłu. W pewnym momencie przestała dreptać.

– Przyprowadź mi tu Kollera. Niech weźmie ze sobą kulę. I to już!

Kacper skojarzył faceta z kuchni i popędził na swoje piętro, mając nadzieję, że Koller też tam pracuje. Wolał nie dopytywać Ilony gdzie siedzi czarodziej. Wysiadłszy z windy spytał pierwszą napotkaną osobę. Na szczęście wiedziała. Biegnąc do biurka chłopak mimochodem rzucił okiem przez okno. Radiowóz dalej stał na swoim miejscu. Policjanci kręcili się obok, jeden gadał przez telefon. Najpewniej wzywali posiłki.

Znalazł Kollera we wskazanym miejscu. Czarodziej wyglądał przez okno, zaciekawiony mundurowymi. Towarzyszyła mu chyba połowa biura, Kacprowi mignęły gdzieś nawet skrzydła Karola.

– Panie Koller, Ilona wzywa pana do pokoju socjalnego na pierwszym piętrze.

Magik popatrzył na nowego podejrzliwie.

– Poleciła, żeby wziął pan ze sobą swoją kulę – dodał po chwili, ostentacyjnie zerkając na radiowóz. Miał nadzieję, że czarodziej zrozumie sugestie. Magik stał przez chwilę, lustrując młodego wzrokiem, obejrzał się jeszcze raz za okno i przewrócił oczami sięgając po swój kryształowy sprzęt. Kacper mógł jednak przysiąc, że wzbudził zainteresowanie starego.

W gościnnym zastali kolejnego faceta, na oko czterdziestoletniego jegomościa w szarym garniturze. Żywo dyskutował z Iloną, zerkając co chwila na nieprzytomnego gliniarza. Z gestykulacji Kacper wywnioskował, że sztywniakowi paliło się pod tyłkiem. Znaczyłoby, że to szef oddziału.

– Ale na cholerę go tutaj przytaszczyłaś w ogóle? I tak już mamy przerąbane. Jak do tego jeszcze dojdzie uprowadzenie funkcjonariusza…

– Skoro i tak mamy przerąbane, to już bardziej nie zaszkodzi. A będzie można go przesłuchać. Kiedy przyleci szofer?

– Za godzinę czy dwie… A tego chłopaki tak urządzili, że prędzej nas szturmem wezmą niż się śpiące królewna obudzi. Zaraz tu się zaroi od glin.

– Ha, spokojnie, akurat o to już zadbałam! – Ilona obwieściła tryumfalnie, przenosząc wzrok na Kollera. Uśmiechnęła się słodko do czarodzieja. – Jest taka sprawa. Pamiętasz jak kiedyś włamałeś się do lokalnego systemu komunikacji miejskiej?

Koller milczał przez chwilę z kamienną twarzą.

– Nie wiem, o czym mówisz…

– Oj weź się nie wygłupiaj – żachnęła się Ilona.

– Zostałem oczyszczony z zarzutów.

– Aha… po tym, jak sąd dziwnym trafem stracił bazy danych z kartotekami.

– Niczego mi nie udowodniono.

– I bardzo dobrze – zaszczebiotała wiewiórka. – Miło byłoby, gdybyś powtórzył ten numer. Bez pozostawiania śladów.

Koller patrzył na małą zbaraniały. Zerknął na dyrektora. Szef był równie zaskoczony, ale pod jego czaszką zdawały się przeskakiwać jakieś zębatki. Im więcej ich wskakiwało na miejsce, tym szerszy uśmiech wypływał na przystojną acz trochę zniewieściałą twarz.

– Raczysz żartować… – Koller zdawał się nie być przekonany.

– Dziesięcioprocentowa podwyżka, dodatkowy płatny urlop, premia uznaniowa w wysokości półrocznych zarobków. – Dyrektor wsparł Ilonę zrozumiawszy do czego zmierza dziewczyna. Koller też już się połapał.

– Dwudziestopięcioprocentowa – odrzekł spokojnie.

– Dwudziestoprocentowa. – Ilona rzuciła mechanicznie zanim zdała sobie sprawę kto teraz dyktuje warunki. – Dostaniesz jeszcze asystenta do prowadzenia projektów.

– Niech będzie. To mówicie, że co się może zepsuć?

– Światła między komendą policji a na naszym biurem. I wszystko wokół…

Koller gwizdnął przez zęby, spoglądając na gliniarza. Siadł ciężko do biurka i odpalił kryształową kulę.

– Nic nie mogę obiecać – mruknął jeszcze zatapiając wzrok w szkle. Nikt nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Czas zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Z początku jedynymi wyznacznikami jego upływu były kolejne krople potu na czole szefa, potem doszło jeszcze coraz głośniejsze chrapanie policjanta. Koller tymczasem wiercił kulę wzrokiem, czasem wykonując jakieś czarodziejskie gesty. W końcu rzucił poirytowany:

– No nie! Nie wierzę!

– Co jest, nie możesz się włamać? – Dyrektor spytał ze ściśniętym gardłem. Pobladł przy tym do tego stopnia, że zaczął się nieźle komponować z białą ścianą za nim. Fryzura Ilony też jakby straciła połysk.

– Nie, nie, wręcz przeciwnie. Ci debile nawet nie pozmieniali haseł…

Koller machnął różdżką nad kulą, wypełniając przestrzeń hologramem planu miasta. Podświetlił komendę i budynek firmy. Gdzieś w połowie drogi migały niebieskie światełka zbliżające się do biura.

– Oho, chyba jego kumple jadą. – Czarodziej zerknął złośliwie na chrapiącego gliniarza. Chyba nie darzył mundurowych szczególną sympatią.

– Zatrzymaj ich! – Ilona zaszczebiotała radośnie.

Magik zatoczył różdżką nad migoczącymi punktami. Po chwili ikony sygnalizacji świetlnej przybrały zieloną barwę, trzy sekundy później dookoła nich mapa rozjarzyła się czerwonymi plamami. Niebieskie kropki zatrzymały się przed jedną z nich. Gdzieś z zewnątrz dobiegły odgłosy klaksonów i głuchych uderzeń.

– Haha, jak za starych dobrych cza… – Magikowi przerwało głośne chrapnięcie policjanta. Dowódca otworzył oczy i rozejrzał się nieprzytomnie dookoła. Popatrzył na mapę, którą Koller wyłączył moment później. Policjant zogniskował wzrok na czarodzieju i przekrzywił głowę, wpatrując się w twarz magika.

– Ty… ja cię znam… nie ty się włamałeś do naszej bazy parę lat temu?

Koller lustrował mundurowego zaskoczonym wzrokiem.

– Aspirant Naleta?

– Teraz inspektor Naleta! Ja o tobie nie zapomniałem, panie Koller. Jeszcze na ciebie znajdę haka, gagatku. Niech no tylko stąd… gdzie ja w ogóle jestem? – policjant rozejrzał się znowu, obserwując twarze zebranych. Zatrzymał się na dyrektorze.

– Jesteś aresztowany! – Naleta zerwał się z miejsca, ale basowe warknięcie milczącego dotąd futbolisty prędko uspokoiło stróża prawa. Powoli siadł z powrotem na fotelu, patrząc na wielkoluda. Ilona odkaszlnęła, żeby ściągnąć na siebie uwagę dowódcy.

– Witamy w biurze lokalnego oddziału przedsiębiorstwa Podtrzymywania Systemów

Magicznych. Mamy przyjemność gościć pana w celu wyjaśnienia niefortunnego nieporozumienia dotyczącego obecnego tu pana dyrektora Morzarskiego. Można spytać, dlaczego policja jest zainteresowania zatrzymaniem naszego szefa?

Naleta patrzył na Ilonę skołowany, odchylając głowę to w jedną, to w drugą stronę, jakby próbował obejrzeć dziewczynę z różnych perspektyw.

– Mam rozkaz zatrzymania pana dyrektora pod zarzutami handlu narkotykami oraz pedofilii.

– Pedofilii?! – Ilona wydarła się na cały głos, wprawiając szyby w drganie. Kilka osób na korytarzu obejrzało się w kierunku przeszklonej sali. Wygłuszenie przegrało z Iloną.

– Obracałeś jakąś małolatę, chrzaniony sukinkocie?! – Fryzura dziewczyny uniosła się i zafalowała jak płomień. Ilona wyglądała teraz jak minibogini ognia i zemsty.

– Co?! W życiu! – Dyrektor przebiegł na drugą stronę biurka, uchylając się przed ciśniętą w niego słuchawką. – No chyba nie wierzysz, że bym cię puścił kantem?!

Na korytarzu zbierało się coraz więcej gapiów, Kacper i Koller obserwowali sytuację ze szczękami opuszczonymi daleko poniżej przyzwoitej wysokości. Tylko wielkolud zdawał się zachowywać względny spokój. “Staje na wysokości zadania”, słowa Karola zabrzmiały w głowie chłopaka. Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, napotykając wzrok Kollera. Stary czarodziej odwzajemnił uśmiech. On chyba też słyszał plotki.

– Chwila, proszę państwa. – Inspektor przypatrywał się Ilonie, porównując ją z trzymaną w dłoni fotografią. – Może się pani odwrócić profilem w tamtą stronę? Dziękuję. I włosy opuścić… tak, właśnie, dziękuję. Aha… hm… – Dowódca wyjął z marynarki kolejną fotografię. – A teraz proszę spojrzeć w tę… dziękuję. Ciekawe… Ile pani ma lat?

– Kobiet się o wiek nie pyta! – Ilona fuknęła na policjanta.

– Ale więcej niż osiemnaście?

– No jasne! Znaczy nie aż tak wiele więcej… ale owszem. Czemu pan pyta?

– Cóż… bardzo młodo pani wygląda.

– Dziękuję. Kuracja Ybisza działa cuda. – Skomplementowana dziewczyna uśmiechnęła się promiennie.

– W takim razie zarzut pedofilii zostanie skreślony z akt.

Morzarski i Ilona popatrzyli po sobie oszołomieni.

– Pokaż pan te zdjęcia – powiedzieli chórem.

Na fotografiach dość kiepskiej jakości widoczna była Ilona siedząc na drukarce oraz dyrektor zaraz obok, oboje niekompletnie ubrani. Zdjęcia nie pozostawiały wątpliwości co do jakości życia towarzyskiego w biurze po godzinach. Oniemiała para stała skamieniała. Twarz Ilony upodabniała się odcieniem do fryzury, Morzarskiego dla odmiany zbladła jeszcze bardziej pod coraz grubszą warstwą potu. Po chwili wstyd zaczęła zastępować złość i tym razem dyrektor zaczął się czerwienić a Ilona blednąć ze wściekłości.

– Od kogo to macie?! – Znowu rzucili chórem.

– Nasze źródła są tajne…

– To fałszywe oskarżenie i mogło spowodować nieodwracalne szkody dla firmy oraz naszego dobrego imienia. – Ilona nie dawała za wygraną.

– Nie mogę ujawniać źródeł, nawet jakbym sam je znał. To anonimowy donos.

– Anonimowy, tak? – Morzarski patrzył zadumany w sufit, stukając palcami o blat. – A ten anonimowy donosiciel nie używał przypadkiem czasowników rodzaju żeńskiego pisząc o własnych obserwacjach?

Naleta nic nie odpowiedział, ale po minie gliniarza zorientowali się, że donosiciel istotnie był donosicielką.

– Ularska! – Ilona wrzasnęła wściekła, łapiąc o kogo chodzi. – Już idziemy ci wczarować, niedoruchana małpo.

– Kierowniczka monitoringu? – Koller zdziwił się wyraźnie, nie wiedząc czemu dziewczyna miałaby kopać dołki pod szefostwem.

– Nie ta, ta druga Ularska, od regulacji i zabaw kredkami. Szczerbata kumpela tej pipy z centrali. – Dyrektor wyjaśnił odległym głosem. Widocznie już obmyślał zemstę.

– Cieszę się, że dobrze się państwo bawią w swoim towarzystwie, ale wciąż pozostaje zarzut handlu prochami.

– Kolejne anonimowe donosy? – Ilona zakpiła.

– Akurat na to mamy dowody, dostaliśmy próbkę oraz parę filmów z… no nieważne. – Dowódca ugryzł się w język zdając sobie sprawę, że puścił za dużo pary z ust. Zrezygnowany wyjaśnił jednak do końca, skoro nie było już czego ukrywać. – W każdym razie mamy dowody, że nie tylko toleruje pan używanie narkotyków w biurze, ale sam dosypuje amfetaminy do cukru. – Inspektora wyraźnie bawiło obserwowanie jak Morzarski na przemian się czerwieni i blednie.

Kacper parsknął śmiechem skojarzywszy przypływ energii Karola. Zaraz za nim roześmiał się Koller. Futbolista też nie wytrzymał. Nawet Ilona odwróciła wzrok, próbując ukryć rozbawienie.

– Oj tam, na żartach się nie znacie… zresztą pracownicy sami się zrzucali. – Dyrektor żachnął się sztywno.

– Znaczy przyznaje się pan – Naleta aż podskoczył z radości.

– Co? Nie, nie wiem, o czym mowa.

– Właśnie pan…

– Ktoś coś słyszał?

Wszyscy popatrzyli w milczeniu po ścianach, wypatrując tam czegoś niezmiernie ciekawego. Inspektor tylko westchnął. Chciał coś jeszcze dodać, ale w chwilowej ciszy dosłyszał dochodzące z zewnątrz alarmy samochodowe i odległe syreny.

– Co wyście tam narobili? – Dowódca wlepił wzrok w Kollera, który jak gdyby nigdy nic bawił się znalezionym długopisem udając, że nie dosłyszał.

– Ja was wszystkich do mamra wsadzę jak tylko reszta chłopaków dojedzie – inspektor puścił oko do futbolisty, uśmiechając się półgębkiem.

– Nie ma pan nakazu. – Beznamiętnie zripostował dyrektor.

– Mam.

– Tylko na mnie. Zresztą zarzuty okazały się bezpodstawne.

– Jeden z zarzutów, panie Morzarski. Za utrudnianie śledztwa wszyscy bekniecie.

– Nie miał pan nakazu przeszukania biura więc wdarcie się na teren firmy zostało potraktowane jako włamanie. Nikt nie użył niebezpiecznych narzędzi więc nie można będzie postawić zarzutu o przekroczenie granic obrony osobistej. – Futbolista uśmiechnął się szeroko słuchając szefa.

– Kiedy przyjedzie policja zostanie pan wydany jako włamywacz. – Dyrektor ciągnął, puszczając nieznacznie oko do Kollera. – Nie ma pan udokumentowanych podstaw aresztowania moich ludzi, więc firmowi prawnicy z miejsca zakwestionuję wszelkie próby zniesławienia pracowników przedsiębiorstwa.

Policjant słuchał dyrektora z rosnącym zdziwieniem. W końcu nie wytrzymał:

– No chyba sobie jaja robisz!

– To ocenią prawnicy.

– Raczej prokuratorzy.

– A to nie jest tak, że zagraniczne firmy podlegają zagranicznemu prawu? – Kacper rzucił niepewnie, chcą przypomnieć o własnym istnieniu. Ilona i Morzarski przenieśli zaskoczy wzrok na nowego. Uśmiechnęli się jednocześnie. Pomysł wyraźnie przypadł parze do gustu.

– Bardzo słuszna uwaga. Zgodnie z niedawnym precedensem w sprawie Goldwan i Spółka przeciwko władzom prowincji, zagraniczne firmy podlegają prawu krajów macierzystych, co za tym idzie przedstawicielstwa międzynarodowych przedsiębiorstw są placówkami eksterytorialnymi i pańskie wtargnięcie będzie traktowane jako incydent dyplomatyczny.

Naleta kiwał głową z coraz większym rozbawieniem. Sam w duchu musiał przyznać, że facet miał gadane. Prawie jak ruda. Chyba prawnik, konkludował. Tylko skąd u prawnika poczucie humoru?

– W sprawie tego orzeczenia już się toczy postępowanie. Ponoć sędzia się dobrze znał z Goldwanem. Zresztą PMS to krajowa firma z siedzibą w stolicy.

– Nie, w stolicy zarejestrowana jest spółka córka, której częścią jest tutejsza placówka. Macierzysta firma pochodzi z Burano Felio.

– Skąd?!

Morzarski milczał chwilę, sam nie wiedząc gdzie to może być.

– Burano to dynamiczny kraj prowadzący ekspansję gospodarczą na całym świecie. – Wymijająco odpowiedział szef. Na szczęście dzwonek telefonu wybawił szefa z dalszych wyjaśnień.

– Aha, dziękuję. Tak, już idę. – Dyrektor schował telefon do kieszeni. – Pan wybaczy, obowiązki wzywają. Nasz ochroniarz odprowadzi pana do wyjścia. Życzę miłego dnia – Skinął głową na wielkoluda wychodząc z sali.

– My się jeszcze zobaczymy. Moi koledzy zapewnią panu podwózkę do aresztu jak tylko postawi pan nogę na ulicy. – Inspektor pożegnał się równie kurtuazyjnie. Dyrektor uśmiechnął się szeroko.

– Mam dużo pracy więc mogę tu jeszcze trochę zabawiać. Nadgodziny i tak dalej. Wie pan, korporacje wyciskają z człowieka ostatnie soki.

Policjantowi coś nie spodobało się w bezczelnym uśmiechu niedoszłego aresztanta. Nie zdążył już jednak nic powiedzieć. Morzarski zniknął w korytarzu, zabierając ze sobą swoich ludzi. Inspektor został sam na sam z górą mięsa w zbroi, która uśmiechnęła się złowieszczo robiąc teatralny gest zapraszający do wyjścia.

Pozostała czwórka wyszła na dach, gdzie czekał latający spodek. Pilot przywitał się z dyrektorem, zgłaszając gotowość do odlotu w każdym momencie.

– Więc naprawdę się zwijasz? – Ilona starała się mówić spokojnie, ale dało się wyczuć, że nie była pogodzona ze zniknięciem kochanka.

– Nie mam wielkiego wyboru. Trochę za gorąco się dla mnie zrobiło. – Dyrektorowi też się nie podobała ewakuacja, ale echa syren niosących się po mieście nie pozostawiały wielkiego wyboru.

– Spokojnie mała, wrócę jak się wszystko odkręci. – Szef uszczypnął w nos Ilonę dzielnie starającą się nie rozbeczeć. – Zniknę gdzieś za granicą tylko na parę miesięcy.

– Panie Koller. Słyszałem, że kartoteki policyjne mają dziwną tendencję do znikania od czasu do czasu. – Morzarski zwrócił się do czarodzieja kiedy dziewczyna wysmarkiwała się w krawat szefa.

– Cóż, serwery czasem ulegają awariom, nawet zapasowe, ale to rzadki przypadek – Koller uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Myślę, że może pan przeprowadzić małe badania nad zjawiskiem, rzecz jasna mając zapewnione zasoby. – Morzarski uśmiechał się głaskając Ilonę po głowie.

– Swoją drogą, póki będę na urlopie, ktoś musi mnie zastąpić. Coś mi się zdaje, że centrala przyzna ci mały awans – ciągnął, puszczając oko do dziewczyny. – Zwłaszcza jeśli pewien znajomy inspektor dostanie anonimowy cynk, że nasza kochana przedstawicielka centrali jest w posiadaniu cukierniczki z podejrzaną zawartością. I chętnie częstuje Ularską podczas wspólnych wypadów na kawę. – Szef obserwował z satysfakcją złośliwe ogniki rodzące się w dobrze nawodnionych oczach podwładnej.

Uznając, że odprawa została zakończona, uściskał jeszcze raz rudą i pożegnał się z chłopakami. Zanim wsiadł do spodka zlustrował stan wilgotnego krawata. Uznając, że na ratunek już za późno, zdjął go coby pomachać wszystkim na pożegnanie.

Trójka stała przez chwilę w milczeniu, obserwując oddalający się pojazd. Ilona, pozbierawszy się w sobie, wbiła wzrok w Kacpra.

– Ty, miałeś mi chyba coś wydrukować!

– Dokumenty leżą na twoim biurku. Aha, zwracam fant – odpowiedział spokojnie, podając nowo mianowej szefowej różdżkę.

– Świetnie! Będziesz moim asystentem!

Kacper nabrał powietrza, żeby zaprotestować – w końcu nie na to się pisał. Ostatecznie jednak sobie odpuścił. Coś mu mówiło, że to nie była propozycja.

Pogrzeb

W pomieszczeniu panował dotkliwy chłód. Każdy oddech zamieniał się w parę wędrującą nad ciało znajdujące się na stole sekcyjnym. Trzech zziębniętych gości uniwersytetu zaczynało mieć dość prosektorium. Gospodarze, profesor będący szefem wydziału medycznego oraz jego asystent, przestrzegali wcześniej gości żeby zabrali cieplejsze odzienie ale ci zlekceważyli ostrzeżenie. Dwaj zakonnicy i przewodniczący rady miasta płacili teraz cenę za niedocenienie nowoczesnej techniki, marznąc w wilgotnym powietrzu przesyconym zapachem amoniaku, chemikaliów do konserwacji zwłok i jeszcze jedną, odrażającą nutą.

Chemia i chłód nie potrafiły całkowicie powstrzymać rozkładu, więc podziemia były naznaczone charakterystycznym fetorem. Mieszanina nieprzyjemnych woni potęgowała efekt wywierający na gościach sam wygląd prosektorium. Nowoczesne, wyłożone ceramicznymi taflami pomieszczenia chłodzone były potężnymi maszynami, których szum zlewał się z buczeniem elektryczny lamp rozjaśniających ascetyczne wnętrza. Wamilski ośrodek był pionierem w stosowaniu takiego typu oświetlenia. Pozwalała na to eksperymentalna elektrownia wodna korzystająca z mocnego nurtu Wa’ami. Wszystko w promieniu tysięcy stóp kipiało nowoczesnością – i było przy tym niewiarygodnie drogie.

Cały kompleks stanowił symbol naukowej i gospodarczej potęgi Republiki, dystansując wszystkie ośrodki na kontynencie. Ani Dominium Kinewar, ani miasta Wolnych Ziem, których uniwersytety wiodły dotąd naukowy prym, nie mogły się równać z nareńskim patronatem. Na ironię zakrawa przy tym fakt, że jeszcze dwa pokolenia temu Wamilar było jednym z Wolnych Miast. Metropolia nad Wa’ami przyłączyła się dobrowolnie do Republiki Naren, zachowując jednak szeroką autonomię. Połączenie wyszło na dobre obu stronom. Państwo zyskało cenne połączenia gospodarcze z Wolnymi Ziemiami a szlaki handlowe krzyżujące się w mieście przyczyniły się do jego rozkwitu, co pozwoliło wybić się tutejszemu uniwersytetowi.

W podziemiach instytutu medycznego świetność Republiki robiła jednak wrażenie nie tyle olśniewające co upiorne. Nawet profesor Lanara czasem czuł się tutaj niepewnie. Nie lubił przebywać sam w prosektorium. Zimne wnętrza drażniące nozdrza zapachem chemikaliów i rozkładu przytłaczały go swoją bezosobowością. Nie otaczający go martwi ale właśnie sterylna architektura i obce, elektryczne światło w jakiś sposób odzierały śmierć ze świętości, zastępując sacrum nieustannym szumem urządzeń i niewzruszonymi regułami naukowej metodologii. Lanara, przywykły do zgłębiania tajemnic ludzkiego ciała w sposób najbardziej dosłowny czasem jeszcze dziwnie się czuł przeprowadzając sekcje w tych doskonałych technicznie warunkach. Stworzone zaledwie kilkanaście miesięcy temu prosektorium zbyt różniło się od poprzedniego miejsca pracy – zwykłej, cuchnącej szopy wstydliwie chowającej się w przycmentarnych zabudowaniach. Uczonemu, który przeniósł się z ciasnej izby do olbrzymiego gmachu, brakowało w tej pustej przestrzeni czegoś nienamacalnego, jakiejś więzi ze zmarłym człowiekiem, dlatego też zawsze starał się przeprowadzać badania w możliwie dużym towarzystwie studentów, stażystów bądź kolegów naukowców, niekoniecznie medyków – słowem, wszystkich zainteresowanych tajemnicami ludzkiego ciała. Lanara lubił zwłaszcza towarzystwo zoologów, którzy dzielili się swoimi spostrzeżeniami na temat analogii w budowie ludzi i zwierząt.

Profesor rad był, że teraz też ma towarzystwo,choć profesje gości nieco dezorientowały naukowca. Polityka widziano tutaj ostatni raz podczas uroczystego otwarcia, Zakonu nigdy. Z drugiej strony niecodzienne zebranie pasowało do niecodziennego obiektu badawczego.

Medycy ubrani w jasnoszare, ocieplane tuniki i takiegoż koloru proste spodnie wtapiali się w kolorystykę prosektorium. W przeciwieństwie do nich radny w zielonej todze wyglądał jak papuga na cmentarzu. Nieco mniej rażąco prezentowali się zakonnicy w szatach czarnych jak ich przenikliwe oczy. Lanara czuł mimowolny podziw dla gości, nawet jeśli nie darzył Zakonu ani polityków wielką sympatią. Mało kto wytrzymywał w kostnicy dłużej niż kilka minut będąc tu po raz pierwszy. W szczególności personel niemedyczny miał z tym problem. Przewodniczący rady miejskiej zaskakiwał profesora swoim opanowaniem. Uczony nie przypuszczałby, że ten salonowy klakier zdoła nie zwymiotować na sam widok zwłok. Szczęśliwie więc ceramiczna posadzka nie będzie musiała demonstrować łatwości, z jaką daje się ją zmywać.

Zakonnicy, dość zaawansowani wiekiem według norm swej profesji, bez wątpienia byli przyzwyczajeni do o wiele bardziej makabrycznych widoków. Niemniej wątpliwe by mogli się przygotować na bluźnierczo nowoczesne wnętrza prosektorium spędziwszy prawie całe życie na pograniczu do bólu tradycjonalistycznego Dominium i barbarzyńskich Martwych Ziem. Wprawdzie nie byli w stanie całkowicie ukryć dezaprobaty dla tutejszego sposobu traktowania zmarłych, nawet pomimo całej swojej powściągliwości, ale i tak zachowywali się nadspodziewanie dyplomatycznie.

– Palce mają po trzy stawy i są zakończone paznokciami, tak jak u ludzi, ale na tym podobieństwa się kończą. Budowa dłoni jest zupełnie inna. – perorował podekscytowany asystent profesora. Młody, kernański doktorant przenosząc się do Walimar dwa lata temu na staż swoich marzeń nawet w najśmielszych snach nie mógł przypuszczać, że spotka go takie doświadczenie.

– Śródręcze jest bardzo sztywne, praktycznie nie da się zgiąć w żaden sposób. Palców zresztą jest tylko pięć, z czego jeden jest przeciwstawny. Jak widać, odstaje na bok i w dodatku jest o wiele krótszy od reszty. Za to chyba silniejszy. – Sinaw trzymał prawą dłoń denata w smukłych palcach. Płócienna rękawiczka nasączona woskowymi żywicami chroniła sześciopalczastą dłoń przed bezpośrednim kontaktem z ciałem.

Powietrze lekko zadygotało kiedy młodszy z zakonników z czymś skojarzył budowę ręki martwego. Starszy potwierdził krótką wibracją. Obaj nie wyglądali na zadowolonych. Lanara domyślił się o czym myśleli zakonnicy. Po chwili namysłu odpowiedział na niezadane pytanie.

– Jest więcej analogii pomiędzy tym tutaj a pomiotami. Przebadałem, na ile mogłem, jego budowę wewnętrzną. Jego czaszka ma budowę dość podobną do czaszki Harwi, chociaż twarzoczaszka jest większa. Mózg jest podobnych rozmiarów jak ludzki, ale ma zdecydowanie bardziej kolisty kształt. Nie stwierdziłem komory rezonacyjnej. Wątpię, czy potrafił z siebie wydobyć szerszą gamę dźwięków. Ani słyszeć w pełnym zakresie. Żuchwa ma dziwną budową, jest trochę zbyt szeroka jak na bestię, tym bardziej też jak na człowieka.

Nabrawszy powietrza, podjął dalej:

– Jego oczy wyglądają bardzo podobnie do Harwi. – Lanara odchylił powiekę, z której krańca wyrastały włoski. Oczy zmarłego nie przypominało w żaden sposób połyskujących czernią ludzkich narządów. Drobne źrenice okalane były przez idealnie okrągłe struktury złożona z promieniście ułożonych, szarych włókien, te z kolei otoczone były bielą poprzecinaną drobnymi naczynkami. Wyłupiasty kształt i niewielki rozmiar oczu wskazywały, że narządy nie były soczewkowate, ale koliste. Kąciki oczu były ułożone w prawie prostej linii względem siebie nadając masywnej twarzy obcego wyglądu. Efekt pogłębiał przez wydatny nos karykaturalnej wręcz wielkości – przynajmniej jak na ludzkie standardy. Denat posiadał narośle na bokach głowy. Najprawdopodobniej małżowiny uszne, jak u niektórych gatunków zwierząt, z tą różnicą, że były ułożone wzdłuż głowy, zamiast odstawać. Obcości fizjonomii dopełniała jasna karnacja i wyraźnie zaznaczone wargi. Całościowo patrząc, nie sposób było jednak odmówić twarzy zmarłego pewnej harmonijności, nawet jeśli każdy element z osobna wydawał się być obcy.

– Jak profesor zbadał czaszkę, skoro jej nie otwarto? – spytał polityk. Profesor skierował twarz w stronę radnego i puścił w jego szczękę wiązkę wysokiego dźwięku.

– Słyszę, że brakuje przewodniczącemu jednego zęba, u góry po lewej. Gdzie pan go stracił? – Lanara odpowiedział pytaniem na pytanie, z satysfakcją obserwując zaokrąglające się oczy mężczyzny. Zakonnicy patrzyli na ten mały pokaz niewzruszeni. Jako wojownicy sami musieli dbać o swoje bezpieczeństwo na Martwych Ziemiach. Z dala od lekarzy wprawili się w sondowaniu ciała nadsłowiem.

– Rozbitek ma czerwoną krew. – nie czekając na odpowiedź polityka Lanara zwrócił się do zakonników.

Sinaw z początku był zdezorientowany nawiązaniem do bestii, ale szybko pojął, o czym mówi jego pryncypał. Nagłe oświecenie zawibrowało falą podszytej strachem konsternacji. Do tej pory asystent nie łączył zwłok z Harwi. Ich opisy zresztą znał jedynie z książek. Ku zdziwieniu profesora przewodniczący rady również nie okazał się dobry w kryciu się ze swoimi odczuciami. Polityk zmartwiał identycznie jak młody naukowiec. Lanara miał do czynienia z politykami wyższego szczebla i praktycznie wszyscy byli niemal tak powściągliwi, jak zakonnicy. Lustrując polityka, medyk doszedł do wniosku, że mianowanie tego człowieka przez Wielką Radę Republiki na przedstawiciela Wamilar było mądrym posunięciem politycznym. W przewodniczącym można było czytać jak w otwartej księdze. Nie istniała możliwość, żeby Mak’naal cokolwiek zataił przed władzami Naren. Na tę myśl Lanara mimowolnie roześmiał się a starszy zakonnik lekko kiwnął profesorowi. Wyglądało na to, że domyślał się prawdziwego powodu ubawu naukowca. Inteligenty facet. Lanara zaczynał go lubić.

– Jak widzicie, ciało jest owłosione. – stary badacz podjął po chwili. – Wprawdzie to jakaś szczątkowa forma sierści, ale jednak rzuca skojarzenie z pomiotami. Zwłaszcza włosy na głowie.

– Takich zębów nie widziałem jeszcze nigdzie. – medyk ciągnął, rozchylając sine wargi denata. – Ani ludzkie, ani Harwi. Nie jestem zoologiem, ale obstawiam, że tak wyglądają zęby wszystkożercy.

– Mówisz o nim jak o zwierzęciu. – skomentował młodszy z zakonników.

– Cóż, człowiekiem to on nie jest. Bestią jednak też nie. Opierając się na budowie anatomicznej można byłoby stwierdzić, że jest czymś pomiędzy.

– Pomiędzy stworzeniem boskim a diabelskim?

– Można to tak ująć, upraszczając sprawę. Ale byłoby to zbyt duże uproszczenie. Fakt, ten… osobnik wykazuje sporo cech zbliżających go do Harwi, ale jest też trochę podobieństw względem ludzi. Część cech jest w ogóle niespotykana. Tak szczerze mówiąc to nie wiem, z czym mamy do czynienia. Wątpię, żeby to… – Lanara zawiesił głos szukając odpowiedniego słowa. – Żeby ta istota była faktycznie powiązana z nami bądź z potworami. Czy w ogóle z naszym światem. Myślę, że to coś zupełnie innego.

Młodszy zakonnik ledwo stłamsił w sobie wybuch złości. Szybko się uspokoił, ale fala irytacji zdążyła już odbić się echem od ścian. Słynna porywczość zakonników, kipiąca pod taflą pozornego spokoju. Uczestnicy oględzin kurtuazyjnie udali, że niczego nie usłyszeli. Po chwili zakonnik podjął spokojnym głosem:

– Przecież wskazał profesor szereg podobieństw do bestii. Też to widzę. Choćby czerwona krew. Tylko bestie mają czerwoną krew. Jak dla mnie to potwór. Nie widzę w tym czymś wiele ludzkiego, a co można uznać za ludzkie, to parodia człowieczeństwa. Jakby Zazdrosny chciał zmienić bestię w człowieka, ale się poddał.

– Nie tylko Harwi mają czerwoną krew. Udokumentowano jeszcze kilka innych gatunków.

– Na przykład?

– Praktycznie wszystkie gatunki czułkonogów.

– Robaki?! – zakonnik wybuchł śmiechem. – To by nawet miało sens. Wszystkie czerwonokrwiste poczwary są siebie warte. Zdeptać wszystkie.

– Czułkonogi to nie robaki… – stary naukowiec mimowolnie zaoponował, choć zdawał sobie sprawę, że wchodzenie w szczegóły klasyfikacji nie ma sensu. Plastyczna wyobraźnia podsunęła medykowi wizję zakonników wytaczających krucjatę przeciwko insektoidalnym stworzeniom wielkości najdalej półtorej stopy, czmychających w panice przed ścigającymi je wojownikami. Lanara nie mógł się powstrzymać przed śmiechem. Starszy zakonnik chyba znów odgadł, co wyobraźnia podpowiedziała naukowcowi i również pozwolił sobie na wyraz rozbawienia. Radny i asystenta popatrzyli po sobie w konsternacji. Śmiech był ostatnią rzeczą, której mogli się spodziewać.

– Mówił profesor, że znalazł coś zupełnie niespotykanego w tej istocie. – odezwał się starszy z zakonników. – Co takiego?

– Jeśli chodzi o niego samego? Praktycznie nie da się go pokroić, mówiąc wprost.

– Proszę? – powiedzieli chórem obaj zakonnicy i polityk.

– Nie da się go pokroić. – powtórzył Lanara. – Próbowaliśmy skalpelami ostrzonymi przez pół dnia. I nic. No, prawie nic, po cięciach zostawały płytkie rany, ale nie udawało nam się rozciąć skóry. Sami zobaczcie. – medyk wskazał na bok denata. I zamarł. Na skórze prawie nie było śladu po usilnych próbach otworzenia ciała, jedynie ledwo dostrzegalne proste linie. Profesor odsunął się odruchowo od ciała, rzucając komentarz bardzo nieadekwatny do powagi swego stanowiska. Pozostali zignorowali bluzg równie kurtuazyjnie, jak uprzedni wybuch zakonnika. Sinaw sam klną w duchu, że nie zauważył wcześniej zniknięcia ran.

– Czytałem, że niektóre organizmy posiadają niesamowitą zdolność regeneracji, będąc zdolne nawet po śmierci leczyć zadane rany. Żyjące natomiast potrafią odtworzyć nawet całe odcięte części ciała. – opanowanym głosem rzekł starszy zakonnik, zaskakując wszystkich swoją wiedzą o współczesnej biologii. Rzeczowy ton wiadomości odniósł skutek, pozwalając naukowcom odzyskać rezon. Medycy patrzyli po sobie przez chwilę w niemym porozumieniu. Zwracając oczy na zakonnika, uśmiechnęli się z uznaniem.

– To prawda. Też słyszałem o tych badaniach. Prowadzonych, nawiasem mówiąc, przez mojego przyjaciela. Dziękuję za przypomnienie mi o tych doświadczeniach. – odrzekł profesor. Zakonnik odwzajemnił uśmiech. Lanara zaczynał naprawdę lubić tego człowieka.

– Cóż, ten organizm raczej prędko się nie zregeneruje… – rzucił cicho Mak’naal, patrząc na pokaźnych rozmiarów dziurę w torsie martwego mężczyzny. Fakt, poszczególne komórki mogły żyć jeszcze jakiś czas regenerując drobne rany, ale całościowo stworzenie była bezsprzecznie martwe. Żadna siła nie była w stanie tchnąć życia w ciało pozbawione jednej trzeciej objętości klatki piersiowej. Z samego środka piersi ziała olbrzymia dziura, której lejowaty kształt dochodził niemal do kręgosłupa. Makabryczny ubytek okalały kikuty żeber. Zgodne z relacjami świadków katastrofy w pierś mężczyzny wbił się pocisk, który następnie eksplodował.

– Jeżeli nie da się go pokroić to co go tak okaleczyło? I dlaczego nie ma jednego palca? – spytał młodszy zakonnik wskazując na lewą dłoń denata.

– Palec udało nam się odpiłować piłą do gwoździ. Pracując prawie cały dzień. – Sinaw bezwiednie namacał odciski na dłoniach, słysząc wyjaśnienia profesora. – Bez dłuta i młotka zresztą też się nie obeszło… Dodam jeszcze, że staraliśmy się oddzielić palec w stawie, z piłowaniem samej kości daliśmy sobie spokój.

Asystent ledwo się powstrzymał, żeby nie rzucić jakiegoś komentarza słysząc formę mnogą.

– Z czegokolwiek są jego kości, nie jest to nic z tej ziemi.

– Skóra okazała się na szczęście rozpuszczać w silnym kwasie. – ciągnął profesor. – Udało mi się przyjrzeć jej kolejnym warstwom pod mikroskopem. Przez cały przekrój skóry, i pewnie całego ciała, przechodzi nieregularna sieć jakichś drobnych włókien. Pojęcia nie mam, z czego zrobionych. Moim zdaniem to coś jakby mikroszkielet, na którym osadzone są komórki. Dałem rano palec chemikom. Może czegoś się dowiedzą. Ja nie mam zielonego pojęcia jak to się znalazło w ciele tego… mężczyzny. – profesor powstrzymał się przed użyciem określenia „człowieka”. – Te włókna mogą się rozciągać w jakimś stopniu, ale rozerwanie albo przecięcie ich graniczy z cudem.

Zakonnicy słuchali medyka uważnie, przyswajając sobie z trudem trawiąc słowa. Niezrażony niedowierzaniem wibrującym w powietrzu Lanara chciał kontynuować, nabierał już powietrza przed kolejnym monologiem, kiedy wtrącił się starszy zakonnik.

– To jakim cudem wyparowała mu połowa klatki, jeśli te niemożliwie mocne nici faktycznie są obecne w całym ciele?

– Do tego zmierzałem. Według relacji świadków, denat żył po rozbiciu się jego, hm… pojazdu. Wyskoczył z niego cały i zdrowy. Widocznie wiedział co się święci, bo z miejsca zaczął uciekać. Pojazd wybuchnął akurat kiedy nasz pechowiec się odwrócił. Oberwał odłamkiem z wybuchu. Od impetu ponoć poleciał na kilkanaście stóp. Ludzie mówili, że jeszcze przez chwilę potem się ruszał. Póki odłamek nie eksplodował. Fragmenty wyciągaliśmy ładnych parę godzin. W środku jest pewnie jeszcze cała masa.

– Z czego są te odłamki? – spytał przewodniczący Rady Miasta.

– Jedność raczy wiedzieć. Jakiś stop czegoś nieznanego z nie wiadomo czym. Jeśli to w ogóle jakiś metal. Był tu jeden fizyk i zabrał wszystko. Podobno cały wydział fizyki pospołu z chemikami bawi się tym bez przerwy. Sinaw, wiesz może czy do czegoś doszli, młodzieńcze?

– Tak, że to nie ma prawa istnieć. – ze stoickim spokojem odpowiedział doktorant.

Profesor splótł ręce za plecami spoglądając w sufit.

– I to by nawet pasowało do całokształtu sprawy… Tak na marginesie, według świadków kilka odłamków trafiło w drzewa. Kilka zostało dosłownie ściętych.

– Jeżeli jakiś pocisk jest w stanie ściąć drzewo, to z człowieka, pomiotu czy zwierzęcia powinien zrobić sieczkę. – zaoponował starszy zakonnik.

– No właśnie, powinien. A ten tutaj – profesor wskazał palcem na ciało – jest względnie kompletny. Jak na okoliczności swojego zejścia.

– Bajania wieśniaków, jeśli coś rozwaliło drzewo to nie ma siły żeby ciało się nie rozsypało. – młodszemu nie udało się ukryć irytacji. Przy okazji dał też wyraz typowo zakonnej arogancji w stosunku do wszystkiego, co ludzkie a niezwiązane bezpośrednio z Zakonem. Bądź choćby z tradycyjnie poukładanym Dominium.

– Widziałem dwa powalone drzewa, bynajmniej nie sadzonki. Kilka innych mocno pooranych. A po samym aparacie, którym przybysz się rozbił, została dziura w ziemi głęboka na kilka stóp. – przewodniczący obcesowo przerwał zakonnikowi; rzecz nie do pomyślenia w Dominium. – Szczątki pojazdu znajdujemy w promieniu kilku mil. Jeden z odłamków zniszczył stodołę, mało nie zabijając kilku wieśniaków, jak raczył brat nazwać naszych obywateli. – polityk wtłoczył w słowa “wieśniaków” i “brat” tyle sarkazmu, ile nacisku w “obywateli”, dosłownie paraliżując bezczelnością nienawykłego do północnych zwyczajów zakonnika – Stodoła znajduje się ponad milę od miejsca wybuchu. – dodał już stosunkowo bezbarwnie, cały czas patrząc jednak zakonnikowi wyzywająco w oczy.

W sali zapadło na chwilę ciężkie milczenie zakłócane przez nieco nierównomierne buczenie lampy łukowej – znak, że niedługo będzie trzeba wymienić elektrody.

– Mil republikańskich czy morskich? – zapytał neutralnym tonem starszy z gości autonomii dla rozładowania powstałego napięcia. Doskonale wiedział, że w mieście nigdy nie stosowano iliańskich miar.

– Mil republikańskich. – odpowiedział profesor równie neutralnie. – Dziesięć tysięcy stóp każda. – dodał z belferskiego przyzwyczajenia. Po chwili podjął. – Mam coś, co was na pewno zainteresuje.

– Zapewniam, że jesteśmy zainteresowani cały czas. – starszy zakonnik chciał jeszcze coś dodać, ale zamilkł, widząc co medyk wyciąga z metalowej szafy i kładzie na stole obok właściciela przedmiotu.

Zakonnicy patrzyli przez chwilę na miecz ze zdziwieniem. Wymienili spojrzenia, ustalając kto ma sięgnąć po broń. Starszy wyraźnie odstąpił przywilej młodszemu koledze a ten zadowolony położył palce na dziwnie wyprofilowanej rękojeści. Wydawała się dziwnie ciepła, choć miecz leżał tu na pewno od kilku dwóch dni. Przy pierwszym dotknięciu wydała się gładka, ale przeciągając po niej palcem dało się wyczuć pod skórą jakąś dziwną fakturę. Zakonnik nie potrafił jej do niczego porównać, ale lata obycia z bronią mówiły mu, że miecz nie mógł się łatwo wyśliznąć z dłoni. Obserwowany przez wszystkich mężczyzna ujął ostrożnie trzon rozszerzający się ku dołowi. Broń nie leżała dobrze w dłoni. Zakonnik rzucił szybko okiem na dłoń martwego, dopasowując w wyobraźni kształt rękojeści do ręki właściciela. W jego palcach broń musiała leżeć idealnie. Złapał drugą dłonią pochwę i podniósł broń na wysokość oczu, odsuwając się od stołu. Miecz był lżejszy, niż mógł przypuszczać. Do wyciągnięcia ostrza potrzebne było jednak nieco siły.

Mężczyźni patrzyli uważnie na obnażoną klingę, w którym nie odbijał się żaden refleks nieco migotliwego światła lamp. Prosta głownia miecza była absolutnie czarna. Na jasnym tle wyglądała jak mroczna rana w samej przestrzeni. Zdumiony zakonnik zapomniał o szkoleniu z trzymania nadsłowia na wodzy, nikt jednak nie zwracał uwagi na wysoką wibrację płynącą z jego czaszki. Mężczyzna był doskonale obeznany ze wszystkimi rodzajami broni, nigdy jednak nie widział czegoś takiego. Miecz na pewno nie był dziełem Harwi, to mógł stwierdzić bez wątpienia – bestie nigdy nie mogłyby obrobić metalu w taki sposób. Jednak dziełem ludzkiej ręki również nie było. Długie na trzy stopy jednosieczne ostrze było idealnie proste. Nie zwężało się ani nie rozszerzało w żadnej części – w przeciwieństwie do wszelkich mieczy tworzonych w ludzkich kuźniach. Jedynie trójkątne zakończenie sztychu było nieco zaokrąglone na ostrej krawędzi.

Bronią ewidentnie można było wyprowadzać szybkie pchnięcia, jednak pozostawała przede wszystkim broń sieczną. Długa na stopę rękojeść płynnie przechodziła w ostrze. Zamiast jelca było jedynie niewielkie zgrubienie, brzeszczot zaczynał się wyostrzać dopiero półtora palca dalej. Zakonnik ocenił, że tam też powinien znajdować się balans.

Wątpliwe czy dało się tej broni używać do zastawy. Żadnego zbrocza, grani, głowicy, nasady, kosza, nic. Budowa broni była absurdalnie prosta. Niewątpliwe jednak w wykonaniu tkwiło jakieś zimne piękno. Ważący góra dwie porcje miecz był o jedną trzecią lżejszy nawet od szabli. Z czegokolwiek był wykonany, nie był to żaden znany stop. Głownia była wprawdzie zimniejsza od rękojeści, ale nie aż tak, jak można byłoby oczekiwać od stali. Co dziwniejsze, przy rozmiarach zmarłego miecz wydawał się nieproporcjonalnie krótki. Denat był pewnie o głowę wyższy od przeciętnego człowieka, tymczasem jego broń była krótsza od większości ludzkich kling. Zakonnik zaczynał się zastanawiać czy nie jest to przypadkiem jakieś ceremonialne ostrze. W walce wydawało się nieprzydatne. W otwartej walce w polu, zmitygował się po chwili. W starciu na ciasnym dystansie broń musiała być zabójcza. Zwłaszcza użyta z zaskoczenia. Zakonnik delikatnie dotknął ostrza palcem. Sekundę później oddalił dłoń, cicho sycząc przez zęby. Na białą posadzkę kapnęła kropla krwi, po chwili następne dwie znacząc błękitne kleksy. Nigdy wcześniej nie zetknął się z czymś tak nienaturalnie ostrym. Wojownik popatrzył na krawędź miecza, szukając jakichkolwiek oznak szlifowania, ale czerń klingi pozostawała niewzruszona nawet na sztychu.

– Diabelska broń… – skomentował cicho.

– Bo się przeciąłeś? – zakpił bezczelnie Mak’naal, zakonnik nie dał się jednak sprowokować. Spokojnie i rzeczowo wyjaśnił swoje spostrzeżenia na temat budowy broni i jej potencjalnej przydatności w walce. Wszystko podsumował z dozą ledwo ukrywanej awersji w głosie:

– Ten… mężczyzna, powinien mieć miecz przynajmniej o stopę, najlepiej dwie, dłuższy. Z jelcem. Bez tego nie nadaje się do honorowej walki. To jest broń podstępu, dobra dla pomiotów. – Zakończył akcentując ostatnie słowo. Nie baczył, że sam wykluczył możliwość stworzenia tego przedmiotu przez Harwi.

– To nie dowód, że to potwór. Cała nasza walka z Harwi również polega na podstępie. – Zaoponował starszy zakonnik niespodziewanie. Po chwili podjął słysząc ostrą reakcję oburzenia. – Oszukujemy własną naturę, sprzeciwiamy się ludzkim odruchom, żeby móc skutecznie walczyć z Harwi. Sami upodabniamy się do bestii, żeby móc chronić przed nimi naszych braci. Wiem, że to ci się nie podoba, kil’naaw. Mnie też nie. Nikomu z nas. Ale wiesz, że to prawda. Nie możesz zaprzeczyć, że potrafimy trwać w służbie jedynie sami stosując metody wroga.

– Nie jesteśmy bestiami! – młodszy zakonnik niemal wrzasnął, Lanara i Mak’naal odruchowo się cofnęli. Obaj świeccy dobrze wiedzieli, że zdenerwowany zakonnik to nieobliczalna maszyna do zabijania. Sinaw, widząc reakcję swojego pryncypała i radnego, również przezornie się odsunął.

– Nie, nie jesteśmy. – odpowiedział starszy mężczyzna spokojnie. – Jesteśmy jedynym co stoi pomiędzy sługami Zazdrosnego a ludem bożym. Bronimy dobra i niewinności. Ale samo dobro i niewinność nie pokona zła i mroku. Włóczni nie złamiesz chlebem. Żeby zniszczyć włócznię bestii sam potrzebujesz włóczni.

Młodszy zakonnik nie wydawał się przekonany, ale uspokoił się słysząc, do czego zmierza starszy brat. Ten milczał jeszcze przez chwilę po czym niespodziewanie zaczął recytować:

– Kiedy głos ludzki usłyszy cały świat, kiedy powietrze przetną żelazne pióra, kiedy mądrość połączy się w jedno, kiedy gwiazdy staną się bliskie, kiedy śmierć odstąpi od chorych, kiedy zazdrośni słudzy pierzchną, kiedy ludzie zawładną piorunami, światłem dnia i okruchami świata, wtedy z chmur zejdą niebieskie rydwany posłańców, aniołowie lotni przemówią między ludźmi, zaklinając mędrców by wykuli bramę w czeluści i uwolnili arkę nieśpiących, aby połączyć się ze stwórcami, by im dorównać i w swojej mocy wybrać drogę.

Lanara stał osłupiały słysząc fragment przepowiedni czasów przejścia, jednej z najświętszych części Księgi Stwórców. Co zakonnik chciał powiedzieć? Co on sugeruje? W milczeniu próbował dopasować do siebie fakty i zasłyszane plotki o dyskusjach toczących się wewnątrz Zakonu. Słowa starego zakonnika układały się w pewną całość, prowadziły jednak do bardzo przewrotnych wniosków. Zbyt przewrotnych by medyk je wyraźnie wyartykułował, nawet w myślach. Młodszy kolega mówcy rozwiał jednak wszystkie wątpliwości.

– Co ty… co ty mówisz, kil’naaw? – młodszy zakonnik zaczął niepewnie, nie wierząc co usłyszał. – Co ty chcesz powiedzieć? Że to anioł?! – niedowierzanie w słowach mężczyzny płynnie obróciło się w oburzenie.

– Księga mówi o rydwanach schodzących z chmur. A ten raczej runął, i to z niezłym impetem… – pomiędzy zakonników bezczelnie wciął się stażysta, prezentując bezpośredniość właściwą dzieciom Wolnych Ziem. Sinaw widocznie też szybko poskładał puzzle, dołączając w sceptycyzmie do młodszego zakonnika.

– Zejście z chmur to bardzo ogólne pojęcie. – zakonnik odparł pogodnie, aby spokojnie podjąć. – Telegrafy łączą już ze sobą całe prowincje i wciąż powstają nowe połączenia. Słyszałem, że wynalazcy pracują nad ulepszeniami, które zamiast pisków przekazywałyby głos. Zupełnie ludzki. Za pomocą elektryczności, jak się zdaje. Czy to nie ta sama siła, która napędza burze? W gwiazdy już od dawna ludzie patrzą przez teleskopy. Nad maszynami latającymi ktoś myśli, udało się już zbudować kilka działających szybowców, jeżeli jestem na bieżąco. Według teoretyków można zbudować nawet metalowe. A o postępie w medycynie sami moglibyście mi najlepiej opowiedzieć. – zakonnik wypunktował swoje przemyślenia, szokując świeckich swoją orientacją we współczesnej nauce. Technika była domeną Republiki i Wolnych Miast, nie Kinewarczyków i Zakonu. Nikt z zebranych nie spodziewał się takiej wiedzy po zakonniku wojującym z pomiotami na południowych kresach Dominium przez znakomitą większość swojego życia. Widocznie Nareńczycy będą musieli zweryfikować swoje dotychczasowe poglądy na zainteresowanie zakonników ograniczające się jakoby do nowinek ze świata metalurgii przekładających się na celniejsze karabiny.

– Bluźnisz, kil’naaw. – młodszy starał się opanować resztkami sił. – Ten martwy potwór miałby być posłańców bogów? Bo banda dziwaków z północy bawi się rzeczami, których nawet nie rozumie? Bo w bezczelności roi im się, że mogą opanować siły natury, bluźniąc przeciw bogom, bezczeszcząc zmarłych?!

– A kim ty jesteś, żeby to osądzać?! Nigdy nie widziałeś niczego poza Harwi i nie znasz niczego poza walką a chcesz się wypowiadać za cały Zakon.

Niedobrze, pomyślał Lanara. Bardzo niedobrze. Tragicznie. Pomijając nawet co młodszy z zakonników naprawdę myśli o północnych uczonych, właśnie padł mit jedności Zakonu, który zawsze starał się mówić jednym głosem. Przynajmniej oficjalnie. Jeżeli zakonnicy zapędzili się w sporze do otwartej kłótni przy świeckich to znaczyło, że sprawa jest dla nich o wiele ważniejsza niż medyk mógłby przypuszczać. To nie wróżyło dobrze. Lanara zdawał sobie sprawę, że doniosłość zdarzenia i waga tego ciała może wykraczać daleko poza mury uczelni, miasta czy nawet całego państwa, niosąc ze sobą wiatr zmian w postrzeganiu świata dookoła. Skoro jednak Zakon zainteresował się sprawą w stopniu doktrynalnym wręcz… Nie zanosiło się na zwykłą burzę. Wamilarski uniwersytet właśnie znalazł się w samym oku tornada – a Lanara, będący szefem naukowym wydziału medycyny, z tym tornadem będzie musiał stanąć twarzą w twarz.

– Jestem sługą bożym trzeźwym, żeby widzieć, że ten potwór to nie anioł a jego rydwan roztrzaskał się na kawałki. Nie tak bogowie się manifestują a Zazdrosny! Zresztą, martwi nie mówią. – zakonnik uniósł wciąż trzymany w ręku miecz i z całej siły zamachnął się na zwłoki chcąc odrąbać martwemu ramię dla podkreślenia swoich słów. Nikt nie miał wątpliwości, że cios rozpłatałoby ludzie ciało, prawdopodobnie amputując kończynę. Nic takiego jednak się nie stało. Ostrze praktycznie nie wgłębiło się w bladą skórę. Spod ostrza nieśmiało spłynęła jedynie kropla czerwonej krwi. Goście stali osłupiali nie potrafiąc uwierzyć własnym oczom. Lanara również się nie odzywał nie wiedząc jak odnieść się do wybuchu. Milczenie przerwał dopiero Sinaw, komentując beznamiętnie:

– Tak też próbowaliśmy.

*  *  *

Lanara stał na niewielkim podeście, służącym latem do wygłaszania prelekcji na świeżym powietrzu. Niewzruszone dzisiejszą kłótnią budynki uniwersytetu zostały sto pięćdziesiąt kroków dalej. Obserwując słońce zachodzące nad lasem, opodal którego rozbił się dziwny przybysz, profesor rozmyślał nad możliwymi scenariuszami rozwoju sytuacji, żaden jednak mu się nie podobał. Zakon chciał położyć ręce na martwym. Niezależnie od tego, która frakcja wygra wewnętrzne przepychanki, los ciała wydawał się przesądzony. Zakon zawsze dostawał czego chciał. Popularna anegdota mówiła, że miarą niezależności danego władcy nie było to, czy potrafił odmówić zakonnikom, ale jak długo potrafi się wykręcać. Najtwardsi wytrzymywali księżyc, czasu na badania więc nie było wiele. Jakby mało było, że nikt nie miał pojęcia jak skutecznie zbadać ciało.

Na ironię Lanara znajdował największe szanse na zyskanie czasu w razie wygranej stronnictwo uosabiane przez młodszego zakonnika. Jeżeli zmarły zostanie uznany za dzieło Zazdrosnego, Zakon będzie dążyć do zniszczenia ciała i nie poczyta za zniewagę pokrojenie pomiotu. Być może nawet uda się namówić zakonników, aby pozwolili na pełną dowolność w analizowaniu budowy denata. Zakon, wbrew pozorom, działa bardzo racjonalnie i może do niego dotrzeć argumentacja uzasadniająca dalsze badania. Aby móc skutecznie walczyć z nowym typem potwora potrzebna jest wiedza o jego budowie. Natomiast w razie uznania rozbitka za posłańca bogów Zakon bezwzględnie nakaże niezwłoczny pochówek, skoro nawet zwykłe sekcje były dla zakonników świętokradztwem. Pomimo osobistej sympatii do oczytanego brata Lanara nie życzył mu powodzenia w zakonnej debacie.

Niezależnie od sporów medykowi niesamowite wydawało się, że zakonnik znajdował słowa przepowiedni we współczesnej nauce i potrafił tak umiejętnie dopasować do siebie wszystkie elementy. Rodziło to kilka ciekawych implikacji. Przede wszystkim sam odzierał ze świętości siebie i Księgę, której poświęcił życie. Przynajmniej ze świętości powszechnie rozumianej jako coś niepojętego, będącej domeną bytów nieporównywalnie potężniejszych niż ludzie. Nadprzyrodzonych mocy, które kształtują naturę.

Istotą nauki było dogłębne zrozumienie mechanizmów rządzących światem w każdym jego aspekcie, nie było w niej miejsca na tajemnice. Ani na pokorną wiarę, że coś się dzieje za sprawą sił, których człowiek nigdy nie zrozumie. Nauka dążyła do zrozumienia. Zrozumienie ostatecznie prowadziło do ujarzmienia i wykorzystania zjawiska wedle swej woli. Jeżeli przepowiednia faktycznie wskazywała, że to nauka jest właściwą odpowiedzią, to kim w takim razie byliby bogowie? I skąd się oni wzięli?

– …aby połączyć się ze stwórcami, by im dorównać i w swojej mocy wybrać drogę. – z namysłem powtórzył ostatni wers przepowiedni.

– Dorównać. – powtórzył jeszcze raz w powietrze.

Medyk był sam. Przewodniczący Rady Miasta udał się do ratusza zaraz po zakończeniu oględzin, zakonnicy ulotnili się bez słowa w sobie tylko znanym kierunku. Asystent profesora wprawdzie chciał iść z nim, żeby się w końcu przewietrzyć po niezliczonych godzinach spędzonych w zimnym, śmierdzącym prosektorium, ale jego ciało odmówiło posłuszeństwa. Siadł, niby na chwilę, w fotelu i z miejsca zasnął. Lanara nie miał serca go budzić. Sinaw był na nogach od samego początku całej afery, której pierwszym aktem był wybuch kilka mil od uczelni.

Stażysta został oddelegowany, żeby sprawdzić co się stało, kiedy okoliczni rolnicy wpadli na uczelnię, krzycząc w trwodze o dziwnej rzeczy, która spadła z nieba ciągnąc za sobą smugę dymu. Sinaw z miejsca zarządził przewiezienie ciała do prosektorium bez czekania na decyzję z uniwersytetu. Sam nadzorował całą operację, później wykonywał najbardziej żmudne prace podczas badań, wszystko bez słowa skargi. Lanara miał nos do chłopaka, kiedy przyjmował go pod swoje skrzydła. Z miesiąca na miesiąc utwierdzał się w przekonaniu, że młody kiedyś może objąć jego stanowisko.

Luźne dywagacje nad losem swojego potencjalnego następcy przerwało zaobserwowanie czegoś dziwnego na wieczornym niebie. Na tle chowającego się pomiędzy czubkami drzew słońca przemknęła niewyraźna fala podobna do rozgrzanego powietrza. Gdyby medyk nie patrzył wprost w słońce, pewnie by nawet nie zauważył. Załamanie pojawiło się zresztą jedynie na mrugnięcie powieką i Lanara był skłonny już uznać, że mu się przywidziało, kiedy na tle tarczy słonecznej znowu coś zafalowało. Zjawisko wyglądało jakby ktoś zawiesił w powietrzu słabą soczewkę z idealnie przezroczystego szkła, nachylając krawędź do obserwatora. Po chwili fala zaczęła się powiększać wznosząc się na niebie. W okamgnieniu zmieniała kształty, kolejno przechodził w okrąg, nieregularny trójkąt i rąb. Stopniowo straciła także i tę regularność. Po kilku uderzeniach serca załamanie przypominało obrys jakiegoś owada powiększonego do rozmiarów domu, stając się paradoksalnie niemal niezauważalne. Jedynie na miękkich krawędziach objawiało się lekkim zakrzywieniem obłoków. Profesor patrzył w górę przestraszony nie mając pojęcia, na co patrzy. Nagle skamieniał doznając olśnienia. To musiało krążyć nad miejscem katastrofy. A teraz wisiało niemal dokładnie nad medykiem.

Ciałem naukowca targnęła fala strachu, która zmroziła wnętrzności. Profesor stał nieruchomo, nie potrafił ruszyć choćby jednym palcem. Instynktowna próba wysondowania odległości była jedyną akcją, na którą mógł się zdobyć. Na nic się jednak nie zdała, jego głos nie napotkał żadnej przeszkody, zupełnie jakby niczego tam nie było. W każdym razie niczego materialnego.

Przez kilkadziesiąt sekund ciągnących się w nieskończoność kompletnie nic się nie działo. Profesorowi udało się odwrócić głowę w kierunku budynków. Kilka osób przechadzało się spokojnie pomiędzy drzewami okalającymi uniwersytet. Zdawały się zupełnie niczego nie widzieć, nie zwracali też uwagi na uczonego. Po chwili zniknęli w drzwiach wydziału a Lanara znów spojrzał w górę. Przerwawszy obserwację, nie mógł początkowo się zorientować, czy nad nim wciąż coś jest. Wodził wzrokiem po miejscach, gdzie powinny być lekko widoczne zakrzywienia, ale nie potrafił określić, czy faktycznie je dostrzegał, czy też próbował je sobie wmówić. Dopiero delikatnie zaginający się klucz ptaków przelatujące wysoko nad głową potwierdził, że zjawa nie rozpłynęła się całkiem w powietrzu.

Lanara zaczął się ostrożnie wycofywać, kiedy nagle pośrodku niewyraźnego konturu zapłonęło niezbyt jasne białe światło, z którego spadł na ziemię duch. Nowe zjawisko było nieco wyraźniejsze na tle lasu i trawy – choć gdyby spuścić z niego wzrok, trudno byłoby je ponownie dostrzec. Zjawa, początkowo znajdująca się nisko przy ziemi, urosła powoli przybierając niewyraźny kształt człowieka w todze. Zwid stanął nieruchomo a profesor próbował dosięgnąć go głosem.

Duch stanowił ledwo wyczuwalną przeszkodę dla dźwięku. Medykowi trudno było znaleźć odpowiednie porównanie, nigdy nie spotkał się z niczym podobnym. Konsystencją przypominał słup miękkiego pyłu wiszącego nieruchomo w powietrzu. Gdyby nie lata wprawy w badaniu ludzkich wnętrzności zmysłem nadsłowia Lanara zapewne w ogóle nie potrafiłby określić, że coś stoi naprzeciwko niego w odległości dwudziestu stóp.

Przerażony naukowiec chciał uciekać, ale nie potrafił poruszyć zaspawanych mięśni. Mógł jedynie stać, słuchać i patrzeć, zastanawiając się na krawędzi świadomości, czy wzniesione strachem fale nadsłowia nie drażniły ducha. Lanara czuł na sobie jego wzrok. To mu się przyglądało, taksowało wzrokiem. Nie potrafił określić, ile to trwało, ale zjawa w końcu się poruszyła. Dźwiękowy obraz pyłu zdawał się wirować w ruchu, niemal przyprawiając mężczyznę o zawał.

Duch wyraźnie szedł. Lanara widział ugięcia pędów trawy, słyszał szum kładących się źdźbeł. Duch zatrzymał się na wyciągnięcie ramienia. Był wyższy od medyka o ponad głowę. Lanara uświadomił sobie, że wzrost zjawy niemal idealnie korespondował z wymiarami rozbitka.

Zjawa lekko zafalowała, kiedy z jej boku wyrosła nieprzezroczysta ręka odziana w hebanowy pancerz przypominający metalową ochronę noszoną jeszcze czasem przez ciężkozbrojnych.

Lanara odskoczył jak dzikie zwierze widząc pięciopalczastą dłoń okutą w matową rękawicę. Duch wskazał na lewe udo profesora, gdzie spodnie były czymś ubrudzone. Lanara bezmyślnie przyglądał się przez chwilę ciemnej plamie na tkaninie. Po kilku uderzeniach serca zrozumiał. Zabrudzenie było zaschniętą krwią z odłupanego palec przybysza.

Naukowiec podniósł wzrok w miejsce, gdzie powinna znajdować się twarz ducha. Lanara chciał powiedzieć coś do zjawy, ale głos uwiązł mu w gardle, gdy duch znienacka ukazał swoje oblicze. W jedno uderzenie serca zwid stracił przezroczystość, ukazując togę z idealnie gładkiego, ciężkiego materiału. Na szarym ubiorze nie było żadnych zdobień ani widocznych szwów. Obszerny kaptur skrywał fizjonomię w mroku. Postać podniosła ręce do głowy i zdjęła kaptur, odsłaniając nienaturalnie ukształtowany hełm tego samego koloru co rękawice. Dziwna przyłbica idealnie okuwała całą głowę, zasłaniając twarz. W miejscu, gdzie powinny być oczy i nos znajdował się obły trójkąt wyglądający jak wypolerowany obsydian, w nieznany sposób pozbawiony jednak połysku.

W odróżnieniu od wierzchniego odzienia pancerz nieźle odbijał dźwięk, co sprawiało wrażenie, jakby głowa unosiła się w powietrzu. Profesor przyglądał się istocie ze strachem mieszającym się z kiełkującą fascynacją. Intuicja podpowiadała, że gdyby przybysz chciał zrobić krzywdę człowiekowi, prawdopodobnie już by to zrobił. Lanara zaczynał się nieco uspokajać, ale podźwięk odprężenia pierzchnął, gdy hełm przybysza zaczął się zmieniać. Z boków głowy wyskoczyły ciemne listwy, część maski okalająca wizjer odskoczyła w przód i powędrowała płynnym ruchem nad czoło. Jednocześnie dolna część rozpadła się na kilka fragmentów. Opadając do obojczyków złączyły się ponownie, tworząc kołnierz wokół otulonej pancerzem szyi. Po wszystkim sztaby wystające z boków schowały się z powrotem. Płynny ruch wszystkich części naraz trwał zaledwie dwie sekundy.

Lanara patrzył teraz w twarz postaci. Bez wątpienia kobiety, przedstawicielki tego samego rodzaju co rozbitek. Jej fizjonomia różniła się jednak od pobratymczej. Regularne rysy były delikatniejsze, mniej masywna twarz przypominała ludzką dzięki trójkątnemu obrysowi, relatywnie małej brodzie i trochę skośne ułożonym, dużym oczom. Skóra kobiety miała ciepły oliwkowy odcień. Gdyby nie wzrost, zbyt wyraźnie zaznaczone usta i budowa źrenic można by ją nawet wziąć na pierwszy rzut oka za człowieka.

Profesor mimowolnie starał się ocenić wiek istoty, idealnie gładka cera bez widocznych skaz sugerowała, że jest bardzo młoda. Naukowiec szybko porzucił jednak bezsensowne rozważania. Kobieta tymczasem wskazała palcem kolejno plamę na spodniach mężczyzny i budynek uniwersytetu, po czym wykonała naśladujący falę gest, wznosząc dłoń ku niebu. Przekaz był jasny.

Jakimś cudem doskonale wiedziała, gdzie znajduje się jej pobratymiec. Wiedziała, że Lanara miał z nim kontakt. I chciała go zabrać, skądkolwiek przybył. Zdumionemu profesorowi mimochodem przemknęło przez myśl, że problem przepychanek wewnątrz Zakonu właśnie został rozwiązany. Medyk skłonił się i odwrócił na pięcie, aby zrobić kilka kroków w stronę budynku. Obejrzał się przez ramię, żeby sprawdzić, czy kobieta idzie za nim. Szła. Napotykając jego wzrok, odkiwnęła mu głową. Profesor zauważył, że uniosła kąciki ust . Wyglądało na to, że się uśmiecha. Niebo za jej plecami zamigotało jeszcze dwa razy, wypluwając kolejne zjawy. Dziewczyna nałożyła kaptur, by na powrót stopić się z tłem podeszła do profesora. Mężczyzna nie wątpił, że przybyła trafiłaby do zmarłego bez większego problemu, skoro w jakiś sposób potrafiła wyczuć małą plamę krwi. Nie wyprzedzała go. Czekała, aż poprowadzi dalej. Lanara uznał to za uprzejmość z jej strony. Skinął ponownie głową i ruszył przed siebie na miękkich nogach, czując pulsujący w żyłach płynny ogień zamiast krwi. W człowieku wzbierało też jakieś dziwne wzruszenie. Nie bardzo potrafił określić, czy było ono efektem kontaktu z czymś tak egzotycznym, efektem niepewności jaki będzie przyszły rozwój wypadków, czy może też jego stan był odpowiedzią na poczucie robienia czegoś właściwego – pomaganiu przybyszom chcącym odzyskać doczesne szczątki swojego brata. Do przewijających się przez głowę obrazów dołączył jeden niepokojący. Oby dziewczyna nie miała za złe upiłowanie palca tamtemu biedakowi…

Profesor przeszedł przez drzwi wydziału i zatrzymał się kilka kroków za wejściem. Obejrzawszy zobaczył trzy zjawy pojawiające się w progu. W jasnym holu widmowi przybysze byli całkiem nieźle widoczni, kiedy się poruszali. Ich ciała dostrzegalnie zakrzywiały obraz wszystkiego, co znajdowało się za nimi. Krycie się tutaj wydawało się nie mieć większego sensu, więc przybysze przestali się maskować. Stanęli o krok, dwa od swojego przewodnika. Otuleni szarymi togami nie zdejmowali kapturów. Kobiecie towarzyszyły dwie postacie. Obie wyższe od niej, jedna o pół głowy, druga nieco mniej. Kolejni przybysze zapewne nie zdjęli masek, więc z kapturów ziała czarna nicość. Stojąca pośrodku kobieta patrzyła na człowieka nieludzkimi oczyma. Brązowe obwódki drobnych źrenic zdawały się jarzyć w cieniu kaptura.

Ciche towarzystwo sprawiało upiorne wrażenie. Wysocy, nieruchomi, milczący, prezentowali się jak posągi jakichś mrocznych istot. Zmieszany profesor znów podjął wędrówkę w kierunku prosektorium. Mijając szereg zamkniętych drzwi na pustym korytarzu Lanara dziękował w duszy bogom, że kondukt pogrzebowy przybył w wieczornych godzinach. Nawet nie chciał sobie wyobrażać sensacji i zgrozy, jakie wzbudziliby przybysze pojawiający się w środku dnia.

Lanara skręcił w odnogę korytarza wiodącą do podziemi. Schodząc na półpiętro mieszczące recepcję prosektorium, profesor zastanawiał się, jakim cudem nie słyszy kroków idących za nim gości. Z zamyślenia skutecznie wyrwał go hałas tłuczonego szkła i niemożliwie wysoki pisk. Irnen, młoda referentka, została widać po godzinach. Lanara, słysząc przerażenie dziewczyny, przeklął się w duchu, że nie poszedł przez zaplecze. Urzędniczka patrzyła prosto w twarz obcej kobiety, a ze strachu oczy zwęziły jej się do podłużnych szparek. Nadsłowie śmiertelnego przerażenia wibrowało w trzewiach czaszki profesora. Bogowie, dziewczyna zaalarmowała chyba cały uniwersytet.

– Spokojnie, Irnen.

Dziewczyna popatrzyła na szefa osłupiała. Pozbierała się w sobie, ale echa skrajnej konsternacji i niedowierzania wciąż balansowało na granicy paniki.

– Spokojnie, Irnen. – powtórzył łagodnym głosem. Jego słowa odniosły skutek, czaszka dziewczyna przestała miotać drażniące piski, referentka wciąż jednak patrzyła na przybyłych jak na stado Harwi. Dosięgając nadsłowiem ciała kobiety, Lanara nie wiedział co może powiedzieć, żeby dziewczyna nie zemdlała ze strachu. Serca dziewczyny biły jak oszalałe. Mężczyzna bał się, że zaraz wyskoczą jak dwa skowronki.

– Państwo do naszego pechowca z przedwczoraj. – podjął, siląc się na pogodną barwę głosu. – Myślę, że to rodzina zmarłego, bliższa lub dalsza. Państwo chcą go zabrać do domu, aby, jak mniemam, dokonać godnego pochówku. – wyjaśnił, robiąc krok w kierunku schodów.

– Przepraszam za brak uprzedzenia. – dodał pojednawczo, wskazując głową na roztrzaskany talerz taplający się na podłodze w pozostałościach gulaszu. – Zmiany w inwentarzu zaprotokołujemy później.

Irnen rozszerzyła oczy ze zdumienia, wodząc wzrokiem od szefa do przybyszów i z powrotem. Lanara, nie czekając dalej, ruszył raźnym krokiem w kierunku chłodni. Kątem oka złowił jeszcze drętwy ukłon urzędniczki skierowany ku gościom. Ot, kultura, dziewczyna wiedziała jak się zachować – profesor nie mógł powstrzymać uśmiechu. Oniemiała dziewczyna tymczasem obserwowała odkłaniającą się jej wysoką kobietę o dziwnej twarzy i nieludzkich oczach oraz czyniących tak samo gościach, których twarze ginęły w mroku kapturów. Kiedy cała czwórka udała się na dół, Irnen wciąż stała osłupiała, gapiąc się bezmyślnie za ostatnim z gości. Zaburczało jej w brzuchu. Popatrzyła pod nogi na swoją niedoszłą kolację, po czym padła zemdlona na krzesło.

Lanara szedł w chłodzie ciemnego korytarza, prowadząc gości do pomieszczenia oględzin. Po wejściu zapalił lampy i skierował się do lodówki, w której trzymano zwłoki rozbitka. Przystawił do drzwiczek wózek służący do przenoszenia ciał i otworzył chłodziarkę. Poczuł falę mrozu wydobywającą się z lodówki. Chwycił zimną rączkę i wysunął blat ze zmarłym. Kiedy ciało znalazło się na wózku przybysze zebrali się wokół. Widząc dziurę w klatce piersiowej, kobieta cicho syknęła wciągając powietrze przez zęby. Jeden z jej towarzyszy coś powiedział stłumionym głosem. Lanara uznał, że to przekleństwo. Kobieta westchnęła i skomentowała widok w swoim języku. Miała dość niski głos o niespotykanej barwie. W dźwięku brakowało czegoś tak ludzkiego, że Lanara nawet nie potrafił tego nazwać. Głos wydawał się płaski, choć zawierał w sobie jakąś dodatkową wibrację. Uczony poczytał sobie na plus, że udało mu się przewidzieć różnicę w ich sposobie emisji dźwięku. Brak komory rezonacyjnej u tych istot dawał o sobie znać.

Naukowca zaciekawiło, czy oni w ogóle słyszą wyższe tony. Puścił w twarz kobiety sondujące nadsłowie. Kobieta podniosła wzrok na badacza a medyk zanotował szybko trzy fakty.

Pierwszy – słyszą wysokie tony.

Drugi potwierdzał przypuszczenia Lanary względem konsekwencji sferycznego kształtu ich gałek ocznych – w przeciwieństwie do ludzi przybysze nie musieli ruszać całą głową, żeby na coś popatrzeć.

Trzeci mało nie zwalił profesora z nóg – obca nie miała pulsu.

Płytko pod skórą nie było wprawdzie większych tętnic, ale powinno dać się rozpoznać drobne szmery świadczących i rytmicznym kurczeniu się i rozszerzaniu drobnych naczyń. Lanara nie spodziewał się, że usłyszy znaczący ruch, ale powinien usłyszeć cokolwiek świadczącego o pracy układu krwionośnego. A tu nic. Jednostajne echo sugerowało, że jej ciało trwało w wewnętrznym bezruchu. Lanara oswoił się już do jakiegoś stopnia z myślą, że przebywa z istotami nie z tego świata. Ale brak tętna? To przeczyło całej mechanice życia. Człowieka, zwierzęcia czy potwora, nieważne. Nawet w roślinach pulsowały soki.

Kobieta, nie przejmując się brakiem pulsu, rzuciła coś do swoich towarzyszy rozkładających na stole sekcyjnym jakieś przedmioty. Lanara dopiero teraz zauważył, że zdjęli w międzyczasie płaszcze i hełmy. Obaj byli mężczyznami. Doskonale dopasowane pancerze w surowym stylu podkreślały mocną budowę obcych.

Niższy mężczyzna wykazywał uderzające podobieństwo do zmarłego. Medykowi ciężko było znaleźć jakieś znaczące różnice. Karnacja, kształt oczu, nosa, proporcje twarzy, włosy, wszystko identyczne jak u denata. Różnili się wprawdzie nieco rysami, ale Lanara wątpił, czy zorientowałby się, gdyby ktoś podmienił twarze tej dwójki. Może rodzina?

Wyższy mężczyzna odróżniał się od reszty. Lanarze przeszło przez myśl, że może to być jeszcze inny rodzaj. Okrągłą głowę przybysza opinała perfekcyjnie gładka, brązowa skóra. Pozbawiony włosów owal czaszki podkreślał obce rysy twarzy. Fizjonomia zbudowana była na tym samym planie, ale wyraźnie różniła się proporcjami. Nos było o wiele szerszy niż jego towarzyszy, usta pełniejsze, broda masywniejsza a tęczówki zdawałyby się tak ciemne, że zlewały się ze źrenicami.

Profesor zwrócił uwagę na płaszcze położone na blaszanej komodzie. Oba zostały złożone w identyczny sposób. Bez przesadnej dokładności, ale z wyraźnie rutyną, typową dla wojskowych. Medyk spostrzegł, że do lewego uda każdego z mężczyzn przymocowany był przedmiot przypominający duży pistolet. Miecze przytroczone na prawych bokach nie pozostawiały wątpliwości względem profesji gości. Lanara zerknął na zakapturzoną kobietę zastanawiający się, czy i ona chowa uzbrojenie pod togą.

Obok stołu sekcyjnego żołnierze położyli plecaki, z których wyciągali kolejne elementy. Montowali na stole jakąś platformę albo nosze na nóżkach układając w ramie płaskie płyty. Kiedy całość była gotowa, płyty stanowiły jednolitą, gładką taflę, na którą kobieta przeniosła ciało. Naukowiec zbaraniał, widząc jak dziewczyna dźwiga martwego bez wysiłku, on sam potrzebował do tego pomocy trzech ludzi. Lanara siadł ciężko na stojącym opodal zydlu, zastanawiając się, czy nie zwariował.

Oni też chcą przeprowadzić sekcję? Szef wydziału obserwował przybyszy uważnie, próbując odgadnąć, co zamierzają. Kobieta przeszła dookoła sali, gasząc kolejno lampy, zanosiło się więc, że rozpoczną jakiś rytuał. Kiedy zgasła ostatnia lampa z dłoni obcej wyfrunęło kilka flar, które powędrowały pod sufit by oświetlić pomieszczenie jasnym, białym światłem. Naukowiec miał wrażenie, że w podziemiach nastał dzień. Zupełnie jakby sufit zastąpiło niebo słonecznego dnia. Tyle że słońca było cztery i unosiły się kilka stóp nad stołem. Badacz nawet nie próbował dociekać mechanizmów. Po prostu patrzył na miniaturowe gwiazdy, mrużąc oczy bez żadnej refleksji. Zdążył jedynie pomyśleć, że teraz już nic go nie zdziwi. Mylił się.

Nad ciałem zmarłego pojawiła się jasna zjawia, będąca kompletnym powieleniem rozbitka. Zawieszony w powietrzu duch rozjarzył się po chwili czerwonym blaskiem w miejscu wyrwy w klatce. Oraz w małym palcu lewej dłoni. Następnie odbicie się przeistoczyło. Zamiast lustrzanej kopii jarzącej się ostrzegawczo w miejscach uszkodzeń, zjawa zmieniła się w coś przypominającego szklany model ciała. Przezroczysta skóra, upstrzona ledwo widocznymi nitkami naczyń, ukazywała równie przezroczyste narządy wewnętrzne, przejrzyste kości, arterie krwionośne, mięśnie i inne wnętrzności. Każda część była jednocześnie doskonale widoczna i zarazem przezroczysta, jarząca się kolorem kontrastującym z sąsiednimi narządami. Profesor poderwał się z zafascynowany. Notował w pamięci szczegóły budowy. Szkielet, rozgałęzienia układu krwionośnego, nerwowego i jeszcze jakiegoś, niemającego ludzkiego odpowiednika. Dość chaotycznie pozwijane jelita, układ mięśni, narządy wewnętrzne. Wszelkie analogie I różnice. Budowa czaszki, podzielenie mózgu na dwie części, stwierdzony już brak komory rezonacyjnej, gałki oczne i masa innych szczegółów, wszystko wypalało się w umyśle oniemiałego medyka.

W środku jarzyła się plątanina czerwonych plam – narządy, które powinny się w tych miejscach znajdować. Przede wszystkim serce. Pojedyncze serce. Szereg elementów znajdujących się wciąż fizycznie w ciele zmarłego też jarzyło się czerwoną poświatą. Część kręgosłupa, żeber, jakiś duży narząd pod klatką piersiową, część rozgałęzień układów krwionośnych i nerwowych, płuca. Mały palec lewej dłoni. Wszystko drażniło oczy czerwienią. Przezroczysty obraz pokazywał jeszcze jakieś drobne przedmioty w klatce. Elementy zaznaczone były na szaro, lecz co chwilę pulsowały ostrzegawczo. Zapewne odłamki z wybuchu.

Lanara słyszał głos ciemnoskórego mężczyzny. Wyliczał zniszczenia, jak się zdawało. Tembr przybysza był nieludzko niski, obco wibrujący bas nadawał głosowi egzotyczną głębię. Cała trójka zaczęła o czymś żywo dyskutować. Człowiek nie miał pojęcia o czym, przysłuchiwał się jedynie ich językowi. Mówili szybko, więc trudno było rozróżnić słowa. Język, którym się posługiwali, w połączeniu właściwościami ich głosu, dawał dość surrealistyczne wrażenie jakby śpiewali bez melodii. Profesor nie potrafił tego inaczej nazwać. Mówili harmonijnymi i łagodnymi dźwiękami, co rusz wplatając w nie ostre, niemożliwe do powtórzenia głoski, które nadawały wypowiedziom jakiś szalony rytm podkreślany przez bogatą intonację.

Profesor zauważył jeszcze jedną rzecz. Przybysze odznaczali się niesamowicie ekspresywną mimiką. Mięśnie na twarzach obcych pracowały jak szalone, zmieniając konstelację fizjonomii dosłownie z sekundy na sekundę. Lanara znajdował w tym pewne prawidłowości. Ludzie wyrażali emocje głównie nadsłowiem, twarz była drugorzędnym środkiem wyrazu. Przybysze, pozbawieni szóstego zmysłu, polegali przede wszystkim na mimice, wspomagając się tonem głosu. Człowiek był prawie niezdolny do powiedzenia czegoś smutnego, barwiąc wesoło wypowiedź. Im zapewne z równym trudem przyszłoby przekazanie wesołej wiadomości ze smutkiem na twarzy.

Przybysze sporo też gestykulowali, choć tę kwestię można byłoby pominąć jako ściśle kulturową. Słynący z bezpośredniości mieszkańcy Wolnych Ziem wymachiwali dłoniami, jakby się od much odpędzali, podczas gdy dalej na południe ludzie zachowywali większą powściągliwość. Oficjele Dominium mogliby grać posągi.

Goście musieli dojść do konsensusu, gdyż rozmowa umilkła a każde z nich zajęło się czymś innym. Jasnoskóry dokładnie lustrował świecący obraz unoszący się nad ciałem, od czasu do czasu zaglądając uważnie do wyrwy w piersi. Kobieta jakby się wyłączyła. Wodziła tylko wzrokiem po ścianach, krążąc wolno po sali. Jej oczy spotkały na chwilę naukowca, ale mógłby przyrzec, że na niego nie patrzyła, tak jak nie patrzy się na pojedyncze drzewa, widząc las. Wyższy mężczyzna tymczasem wyjął z plecaka jakieś torby z ciemnoczerwonym płynem i położył je w… powietrzu nad głową zmarłego. Lanara przetarł oczy z niedowierzania. Torby po prostu sobie wisiały, jak gdyby nigdy nic. To nie mogła być jawa.

Niższy mężczyzna wyciągnął ze swojego plecaka coś w rodzaju przezroczystych masek, przypominających szklane płytki o zaokrąglonym profilu. Obaj goście założyli urządzenia na głowy a szybki zalśniły lekko. Zdawało się, że wyświetlały wokół oczu obce znaki, schematy i inne ikony, których profesor nie potrafił nazwać. Obraz unoszący się nad ciałem zniknął. Jasnoskóry mężczyzna otworzył walizkę z dziwnymi narzędzia i zacząć nimi grzebać w zwłokach. Narzędzia wydawały jakieś ciche piski, wibracje i szumy, kiedy gość działał w klatce piersiowej. Wyższy, stając po drugiej stronie stołu, chwycił nieprzypominające niczego urządzenie a przed oczami migały mu wciąż zmieniające się wzory. Lanara obserwował działania mężczyzn z tępą biernością, kiedy nagle do niego dotarło.

– Wysocy bogowie, bądźcie czujni i łaskawi, strzeżcie nas od Zazdrosnego i sług jego, litujcie się nad niedolą naszą i dajcie wytchnienie złamanym. – Lanara modlił się cicho. – To są medycy. To nie jest kondukt pogrzebowy. To akcja ratunkowa.

Profesor opadł z powrotem na taboret, mało nie tracąc przytomności. Mdliło go i zbierało się na płacz. To się nie dzieje. To niemożliwe. To nie ma prawa być. Lanara dyszał ciężko i starał się skupić uwagę na czymkolwiek innym. Udało mu się zogniskować wzrok na kobiecie. Patrzyła na niego, nieco przekrzywiając głowę pod kapturem. Musiała się domyślać, jakim szokiem była sytuacja dla starego naukowca.

– Spokojnie, Irnen. – powiedziała po ludzku, paraliżując człowieka. Wprawdzie “s” było stanowczo zbyt ostre, “o” i “e” dziwnie przeciągnięte, a “r” wypowiadała z wibracją, której żaden człowiek nie byłby w stanie powtórzyć, ale ogólnie rzecz biorąc dobrze naśladowała słowa profesor. Dziewczyna ewidentnie starał się uspokoić człowieka słowami, które wyciszyły przestraszoną referentkę. Lanara popatrzył na kobietę osłupiały, po czym uśmiechnął się do obcej. Kiwając głową ledwo przytomny.

– Irnen. – wskazał palcem na górę.

– Lanara. – przedstawił się, kładąc rękę na piersi.

– Katrin. – odpowiedziała, naśladując gest. Następnie wyciągnęła rękę w kierunku niższego mężczyzny. – Mark.

Lanara był pewien, że tego imienia nie będzie w stanie powtórzyć poprawnie. Mark zerknął na naukowca znad trupa i uśmiechnął się lekko, po czym wrócił do pracy.

– Simon. – przedstawiała ciemnoskórego, który nie zwrócił uwagi na wymianę uprzejmości pochłonięty swoim zajęciem. – Simon! – Kobieta powtórzyła głośniej, wzbudzając uśmiech na twarzy nieprzerywającego pracy Marka. Wysoki medyk drgnął lekko i skierował wzrok na Katrin. Ikony na jego masce się zatrzymały.

– Kei. – powiedział niskim, wibrującym głosem, modulując dźwięk wyżej na końcu sylaby. Lanara uznał, że w taki sposób zaznaczają pytanie.

– Neni. Labro – odpowiedziała z uśmiechem. Ciemnoskóry uniósł brwi i powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, wzruszył ramionami i znów wtopił wzrok w urządzenie trzymane w rękach. Jego maska zaczęła z powrotem wyświetlać coraz to nowe układy znaków.

Lanara wyraźnie się uspokoił czując, że te istoty też są, na jakimś poziomie, ludzkie. Nawet pomimo wszystkich różnic fizycznych, ich dziwnego głosu, nieznanego języka, niemożliwych narzędzi i przeczącego naturze zadania, którego się podejmują. Profesorowi nagle zaczęło zbierać się na śmiech. Absurdalność sytuacji już dawno go przerosła, nie starał się dochodzić jak to wszystko możliwe, po prostu chciało mu się śmiać, kiedy zebrał do kupy pojawienie się zjaw, które dosłownie spadły z nieba, a z którymi teraz wymieniał uprzejmości w świetle przenośnych słońc.

Kobieta podeszła do stołu i zaczęła o coś wypytywać towarzyszy. Mężczyźni odpowiadali jej zdawkowo, wyraźnie zajęci. Dziewczyna zadawała kolejne pytanie, kiedy nagle urwała w połowie zdania. Odwróciła się w kierunku wejścia i znieruchomiała na chwilę, po czym podeszła do profesora i siadła obok niego na podłodze, wciąż patrząc w stronę drzwi. Lanara zerkał to na nią, to na wejście, zaciekawiony, o co jej chodzi. Po pół minucie się dowiedział. Zza wejścia powoli wyłonił się młody asystent profesora. Chłopak zatrzymał się w progu, mrużąc oczy, nie wiadomo czy bardziej od jasnego światła, czy ze strachu. Był blady i ledwo trzymał się na nogach.

– Witaj, młodzieńcze. Już wstałeś? – zagadnął profesor niemal pogodnie, uśmiechając się do podwładnego, który zastygł w miejscu, wodząc nieprzytomnym wzrokiem po całej sali. Sinaw zogniskował wzrok na szefie i chciał o coś zapytać, ale głos uwiązł mu w gardle.

– Jak zapewne zauważyłeś, po naszego najnowszego lokatora przybyli jego znajomi. Tak mi się wydaje, że próbują go wskrzesić. – Sinaw rozszerzył oczy w zdumieniu i odwrócił wzrok w kierunku stołu, przy którym pracowali niecodzienni medycy. Tamci zerknęli na niego i wymienili między sobą krótkie, porozumiewawcze spojrzenia, po czym wrócili do uprzednich zajęć. Doktorant chyba spostrzegł wtedy torby unoszące się w powietrzu, co ostatecznie go rozłożyło. Sinaw cofnął się o krok i ciężko klapnął na zimną posadzkę. Siedział teraz w takiej odległości od drzwi, że nie widział stołu sekcyjnego, obecnie operacyjnego. Wodził szaleńczym wzrokiem to na swojego pryncypała, to na siedzącą obok niego obcą kobietę, bombardując oboje podźwiękiem całej gamy skrajnie intensywnych przeżyć.

– Spokojnie. – powiedziała Katrin, patrząc w zaokrąglone jak spodki oczy młodego naukowca.

– Myślę, że tamci dwaj to nasi koledzy po fachu.– stwierdził profesor. – Chyba się nie obrażą, jeżeli rzucimy okiem, co robią?

Sinaw przekrzywił głowę jak zwierzątko. Wyglądało na to, że nie docierały do niego słowa szefa. Lanara zbierał się, żeby jeszcze coś powiedzieć, kiedy zza drzwi nieśmiało wychyliła się kobieca twarz.

– Irnen. – obca odgadła.

– Właśnie, Irnen, poznaj Katrin. – Lanara przekrzywił głowę w kierunku siedzącej obok niego. – Katrin, to jest Sinaw – dodał, zerkając na kobietę, po czym wskazał otwartą dłonią na swojego asystenta.

– To jest Sinaw? – spytała kobieta nieludzkim altem, przeciągając samogłoski. Lanara zreflektował się, że Katrin nie zna ich języka, więc pewnie nie rozróżniała imienia od formy gramatycznej.

– Sinaw. – powtórzył, aby rozwiać nieścisłości. Katrin kiwnęła głową.

– Awa, Sinaw. Awa, Irnen. Woi nekeer. – wyraźnie chciała być uprzejma.

– Nam również. – wydukał w odpowiedzi Sinaw i zaczął ociężale podnosić się z posadzki. Wszedł do sali pociągając za sobą Irnen, która skamieniała zaraz za wejściem.

– To jest Simon. – Katrin wskazała wyższego mężczyznę. Szybko łapie język, zreflektował Lanara. Simon zerknął na nowo przybyłych i puścił do nich oko.

– To jest Mark. – kobieta wskazała na kolegę pracującego swoimi narzędziami w ciele poszkodowanego. Medyk lekko uniósł głowę i pomachał jedynie dwoma palcami, gdyż cały czas trzymał w rękach narzędzia. Rzucił krótko do przybyłych:

– Awa, homi. – na tle charakterystycznego altu kobiety i basu wielkiego kolegi, głos Marka zdał się Lanarze w jakiś dziwny sposób nijaki.

Irnen patrzyła na ciało, medyków i lewitujące torby wyraźnie przestraszona. Sinaw, choć wyglądał gorzej od denata, wykazywał już pewne oznaki fascynacji. Lanara i kobieta podnieśli się, profesor stanął pomiędzy swoimi podwładnymi, Katrin obeszła stół i zatrzymała się przy głowie martwego. Medycy tymczasem chyba skończyli, czymkolwiek w istocie zajmowali się do tej pory. Mark odsunął się od stołu, ukazując wyrwę w klatce piersiowej pacjenta. Rana nie była już sczerniała, ale różowa. Medyk musiał usunąć spaleniznę i inne uszkodzenia, przygotowując grunt do kolejnego etapu działania. Simon włożył do wyrwy urządzenie, które do tej pory trzymał w rękach. Przedmiot zafalował, po czym wystrzeliły z niego różnej grubości rurki wbijając się w ciało.

Nad brzuchem pacjenta rozjarzył się trójwymiarowy obraz przedstawiający klatkę piersiową, schemat urządzenia i otaczających go układów organizmu. Irnin i Sinaw odruchowo cofnęli się o krok, patrząc zdumieni to na obraz, to na swojego szefa. Lanara zerknął na nich ze stoickim spokojem, po czym wrócił do obserwacji obcych. Młodzi popatrzyli po sobie zbici z tropu.

Obraz wyraźnie wyróżnił kilka nitek. Lanara domyślał się, że to górny fragment układu krwionośnego. Pomiędzy biologicznymi systemami a urządzeniem było kilka szarych połączeń. Profesor przyglądał się im dokładnie, porównując oba obrazy, schematyczny i fizyczne ciało ze wbijającymi się weń giętkimi rurkami. Niższy z medyków tymczasem znów zaczął coś majstrować. Po chwili jedno z szarych połączeń rozjarzyło się zielonym blaskiem. Potem kolejne. I jeszcze jedno. Im dłużej pracował, tym więcej połączeń wyświetlało się jako poprawne, jeżeli Lanara dobrze interpretował obraz. Profesor doszedł do wniosku, że podłączali tę rzecz do układów organizmu. Ciemnoskóry, nie czekając aż kolega skończy, przesunął jedną z toreb bliżej klatki piersiowej, uważając jednak żeby nie przeszkadzać mu w pracy. Naukowiec spostrzegł też dopiero teraz, że nieużywane narzędzia również wisiały w powietrzu. Lanara pokręcił jedynie głową. Simon tymczasem podłączał dwie rurki do latającej torby.

W końcu wszystko wydawało się gotowe. Obraz nie pokazywał żadnych szarych czy czerwonych elementów, chirurg chował część narzędzi do walizki, jego kolega podłączał do maszyny w klatce denata jeszcze jakieś mniejsze urządzenia, wyjęte przed chwilą z plecaka. Profesor próbował poukładać puzzle: jeśli to urządzenie było podłączone do układu krwionośnego, to musiało pełnić funkcję serca, tłoczącego krew pobraną z torby. Dobrze, przy wszystkim, co dziś zobaczył, sztuczne serce wydawało się dość naturalnym rozwiązaniem. Pozostawało jednak kilka innych kwestii.

Pierwsza – wszystko co żyje musi jeść i oddychać. Można założyć, że któreś z mniejszych urządzeń zapewniało dostawy powietrza i substancji odżywczych. Pozostawała jednak nieco ważniejsza kwestia. Ten facet jest martwy od dwóch dni! Zginął, kiedy wybuchło w nim coś, co mogło dosłownie powalić drzewo. Jakim niby cudem chcieli go przywrócić do żywych? Pechowiec leżał od kilku dni bez ducha w martwym zimnie. Cokolwiek w nim żyło, dawno jest już zamrożone na śmierć!

Chwila… Lanara teraz skojarzył, że kiedy Katrin przenosiła denata na stół, ciało rozbitka było zupełnie bezwładne, na co nie zwrócił uwagi wcześniej. Po takim czasie i w takiej temperaturze denat powinien być już sztywny, a on był wiotki, jakby dopiero co zmarł. Profesor nie zaobserwował również plam opadowych, przypomniał sobie za to rany, których przysporzono rozbitkowi wczoraj – nacięcia się zagoiły. Tknięty nadzieją mieszającą się z niepokojem spojrzał na ramię, które jeden z zakonników chciał odrąbać mieczem. Obaj medycy na szczęście nie nachylali się akurat nad ciałem, więc Lanara mógł poszukać wzrokiem śladu cięcia. Po dłuższej chwili znalazł jedynie lekkie, podłużne zaczerwienie. Bogowie, bądźcie miłościwi, on się leczy.

Lanara przypomniał sobie jeszcze brak pulsu u kobiety. Wszystko to zaczynało się łączyć w dość niepokojącą całość. Czyżby ciało, które uznawał do tej pory za absolutnie martwe, wcale nie było pozbawione życia? Czy to znaczyło, że on i jego koledzy chcieli pokroić żywą istotę jak barbarzyńcy? Wreszcie, czy to znaczyło, że ci medycy nie tyle chcieli dokonać cudu, ile po prostu starali się zawrócić pobratymca znad krawędzi, której jeszcze nie przekroczył?

Rozważania wprawiały profesora w coraz większe zakłopotanie. Nieludzcy medycy tymczasem czynili, jak się zdawało, ostatnie przygotowania przed głównym aktem przedstawienia. Podłączyli do sztucznego serca kolejną torebkę, tym razem mniejszą i wypełnioną czymś przezroczystym – rzecz jasna zawiesili ją w powietrzu tak jak pozostałe. Przestrzenny obraz zmieniał się, podzielił na dwa osobne. Jeden pokazywał schemat całego układu krwionośnego w zarysie ciała, drugi skupiał się jedynie na górnym odcinku, między sztucznym sercem a mózgiem. W powietrzu wyświetliły się jeszcze jakieś napisy, może liczby. Znaki ich alfabetu były absolutnie obce. Składały się praktycznie z samych prostych linii różnych długości, łączących się najczęściej prostopadle, czasem pod ostrymi kątami. W znakach nie było wiele zaokrągleń. Po chwili wpatrywania się litery coś naukowcowi zaczęły przypominać, ale nie mógł skojarzyć co. Dopiero napotykając oczy Katrin, znalazł odpowiedź.

Lanara widział już kiedyś coś podobnego w pewnej książce opisującej pozostałości ruin pozostawionych na obecnych terenach Dominium przez wycofujących się na południe Harwi. Lanara nie był w stanie określić, czy znaki były identyczne, ale skojarzenie wydawało mu się niepokojąco trafne. Przez umysł profesora przewinęły się kolejne powiązania. Praktycznie wszystkie istoty na ziemi były zbudowane według tego samego planu: sześć palców, dwa serca, dwie nerki, wspólne cechy szkieletu, analogiczne narządy wewnętrzne, niebieska krew i tak dalej. Praktycznie wszystkie poza Harwi, będącymi czerwonokrwistymi istotami z jednym sercem i niespotykaną nigdzie indziej budową. Lanara przeprowadził sekcję kilku potworów, więc doskonale znał różnice. Zakon przyjął wynika badań naukowców jako oczywiste potwierdzenie, że pomioty są stworzeniem Zazdrosnego, który zrodził je z własnego ciała. Przybysze nie byli zbudowani jak ludzi. Oczy, jedno serce, czerwona krew, budowa dłonie, szkielet, kształt czaszki, ślad owłosienia. Lanara zaczynał się zgadzać w duchu z młodszym zakonnikiem – i nie był z tego powodu szczęśliwy.

Dźwięczny alt kobiety wyrwał badacza z ponurych rozważań. Może i byli zbudowani podobnie do Harwi, ale bynajmniej nie zachowywali się jak potwory. Zwłaszcza Katrin wydawała się niezwykle kontaktową osobą, jakiegokolwiek pochodzenia by nie była. Lanara nie potrafił jej sobie wyobrazić jak sługę Zła. To nasunęło mu kolejne skojarzenie. Słowa starego zakonnika i własne przemyślenia przed pojawieniem się przybyszów. Przemyślenia na temat nauki i religii. Przepowiednię o znakach czasów przejścia, które zaczynały się wypełniać.

Według Księgi Stwórców Zazdrosny był upadłym bogiem, zdrajcą różniącym się od pozostałych bóstw jedynie żądzą władzy i zazdrością względem ludzi, najlepszego dzieła swoich pobratymców. W gniewie zapragnął zniszczyć rodzaj ludzki, rodząc w tym celu własne dzieci, krew z jego krwi, aby te zabiły dzieci prawych bogów. Lanara do tej pory uważał słowa Księgi za metafory. W końcu bogowie powinni być bytami nadnaturalnymi, nie mogliby więc mieć krwi i kości. Jednak jeśli potraktować teksty dosłownie… wniosek, który nasuwał się z tych spekulacji, był porażający. Jeżeli Harwi były faktycznie tak podobni do bogów, to istoty bardziej podobne do Harwi niż do ludzi powinny być…

Lanara spojrzał pod sufit, gdzie unosiły się kule dziennego światła. Przeniósł wzrok na gładką głowę majestatycznego Simona, którego twarz przesłaniała świecąca maska. Katrin, spokojnie mówiącą coś dźwięcznym głosem, brzmiącym jak śpiew. Marka, dokonującego cudów połączenia ciała z maszyną. Świetlisty obraz unoszący się nad ciałem, torby wiszące w powietrzu. Lanara przypomniał sobie niewidzialną rzecz, z której wyskoczyli jako niewidzialne zjawy. Czy oto stoją przed nim jego stwórcy? Bogowie, do których modlą się miliony ludzi?

Profesor poczuł, jak uginają się pod nim nogi. Cofnął się, usiadł z powrotem na zydlu. Zaczynał się zastanawiać, dlaczego jeszcze nie dostał udaru. Domniemani bogowie nie zwracali jednak na niego uwagi, zajęci przywracaniem do życia swojego towarzysza. Przestrzenny obraz sugerował, że krew już powoli toczyła się w żyłach zmarłego. „Toczyła się” było tutaj określeniem najbardziej na miejscu, obraz nie wskazywał w żaden sposób, aby krew pulsowała, on po prostu płynęła. Wyglądało na to, że mechaniczne serce nie działało dokładnie tak jak prawdziwe, nie biło a jedynie pompowało krew jednostajnym tempem. To by mogło wyjaśniać brak pulsu Katrin. Czyżby i ona kiedyś znajdowała się w takim stanie? Jeżeli tak, to cud zdawał się na wyciągnięcie ręki.

Wysocy medycy milczeli, obserwując wskazania obrazu, od czasu do czasu komentowali tylko coś cicho. Dało się wyczuć ich napięcie. Widocznie zrobili, co było w ich mocy, teraz mogli jedynie czekać.

Sinaw odwrócił się do swojego pryncypała.

– Na co czekają?

– Skoro serce już działa, a płuca pewnie zastąpili czymś, co… – Lanara nie zdążył dokończyć zdania.

– Labre! Kerotem labre! Fesino! – głośny bas Simona odbił się echem od ścian.

Obraz wskazywał, że cześć mózgu rozbitka musiała wykazać jakąś aktywność. Przezroczysty rzut rozjarzył się bladym błękitem. Blask powoli przybierał na sile, rozlewał się niespiesznie, obejmując większe partie mózgu. Cokolwiek to konkretnie oznaczało, z zachowania przybyszów można było wnioskować, że ciało właśnie straciło status denata, a stało się pacjentem. Katrin szeroko się uśmiechała, odsłaniając rząd równych, białych zębów, Mark położył ręce na biodrach i żywo coś komentował, Simon wyraźnie się śmiał, podłączając do serca jeszcze jakieś urządzenie. Śmiech tych istot różnił się mocno od ludzkiego, był zdecydowanie gardłowy.

– To cud… – Sinaw szepnął z niedowierzaniem.

– Zdaje mi się, że oni znają się na cudach daleko lepiej, niż możemy sobie wyobrazić. – skomentowała lakonicznie, wciąż poruszony swoimi przemyśleniami.

Po eksplozji entuzjazmu goście ochłonęli nieco i wyglądało na to, że wkrótce zapewne będą chcieli opuścić prosektorium. Medycy czynili przygotowania, chowając do plecaków niepotrzebny już sprzęt, regulując coś przy sztucznym sercu i krzątając się przy drobnych sprawach. Katrin podeszła do profesora wykonując taki sam gest dłonią jak kiedy się spotkali, potwierdzając, że będą się zbierać. Przytrzymała przewodnika jeszcze chwilę wzrokiem, wyraźnie chcąc o coś spytać, jednak nie bardzo wiedziała jak. W końcu sięgnęła pod szare odzienie i odpięła coś od boku. Lanara spodziewał się, że Katrin była uzbrojona identycznie jak towarzysze, więc miecz w jej dłoni nie był zaskoczeniem. Kiwnął głową i odwrócił się na pięcie. Podszedł do szafki, w której trzymał rzeczy pacjenta – poszarpane ubranie, w którym go znaleziono oraz jego miecz. Otwierając metalowy mebel sięgnął odruchowo dłonią w miejsce, gdzie dzisiaj odłożył broń jednak trafił na pustkę. Lanara przeszukiwał szafkę wzrokiem, słysząc własne zdezorientowanie odbijające się od wnętrza regału. Zaskoczony brakiem podszedł do kolejnej szafy, zastanawiając się, czy w roztargnieniu faktycznie mógł odłożyć miecz gdzie indziej. W drugiej jednak również nie nie było ostrza. Lanara rozejrzał się bezradnie po sali czy przypadkiem broń gdzieś nie leży, ale w ascetycznym wnętrzu trudno było cokolwiek ukryć. Spytał jeszcze asystenta o miecz, ale on również był przekonany, że powinien znajdować się w szafie. Lanara spojrzał na Katrin i rozłożył teatralnie ręce, mając nadzieje, że ta zrozumie. Kobieta pojęła i kiwnęła głową na potwierdzenie. Broń widocznie nie była aż tak ważna, niemniej Lanara miał wrażenie, że jej twarz wyrażała rozczarowanie, na ile zdążył się zorientować w schematach bogatej mimiki jej rodzaju.

Medycy o boskich mocach nakryli ciało czymś wyglądającym jak cienka płachta płynnego metalu lśniącego srebrnym blaskiem. Niecodzienny koc sam się rozpruł nad klatką piersiową, robiąc miejsce na wystające z niej elementy, włącznie z tymi latającymi, po czym sam się scalił ciasno wokół przewodów. Sinaw i Irnen patrzyli na widowisko skonsternowani, Lanara przyjął pokaz niemal obojętnie, kierując się w stronę wyjścia. Rzucił tylko okiem za siebie. Medycy zakładali plecaki, Katrin przeglądała coś na przestrzennym obrazie, przesuwając niematerialne ikony dłońmi. Podwładni profesora stali pod ścianą gapiąc się na to wszystko jak pijane cielęta.

Założywszy togę Simon stanął u głowy pacjenta, Mark po drugiej stronie, podnieśli nosze i zaczęli kierować się do drzwi. Torby wiszące nad ciałem pozostały nieruchome względem noszy. Lanara wyszedł na korytarz, kierując się tym razem w stronę zaplecza, przez które do prosektorium wnoszono ciała. Ledwo zwrócił uwagę na jedną z kul światła, która sunęła nad jego głową. Profesor poczuł wzruszenie na myśl, że po raz pierwszy wyniesie z tego miejsca kogoś żywego. Przynajmniej w jakimś stopniu. Fakt, że pacjent nie był ani człowiekiem, ani nawet nie był do końca kompletny, ale przy zwyczajowym stanie ciał wynoszonych z prosektorium to i tak niesamowity postęp.

Lanara bardziej poczuł niż usłyszał, zrównującą się z nim Katrin. Medycy musieli iść za nimi, sądząc po sposobie rozchodzenia się echa kroków Irnen i doktoranta zamykających niecodzienny pochód. Wszyscy szli w milczeniu, nie wisiało jednak nad nimi żadne napięcie a jedynie ciche podźwięki niedowierzania młodych. Profesor zaczynał odczuwać przytłaczające go zmęczenie, nigdy w życiu nie przeżył takiej ilości wrażeń. Uspokojony, uświadamiał sobie, jak bardzo był wyczerpany. Docierało do niego również, że przemarzł do szpiku, z czego wcześniej nie zdawał sobie sprawy znieczulony adrenaliną.

Profesor skręcił w korytarz prowadzący prosto do obszernej sali, służącej za miejsce odbioru zwłok. Sala miała własne wyjście na tyły wydziału, gdzie dyskretnie przywożono ciała do sekcji, z dala od wzroku odwiedzających spoza uczelni. Nie było tutaj żadnych schodów, gdyż dziedziniec na tyłach budynku znajdował się poniżej poziomu podwórza przed frontem. Lanara słyszał niewyraźne głosy Irnen i asystenta, jednak będąc już za załomem korytarza nie mógł zrozumieć, o czym rozmawiali. Wszedł już do sali, kiedy usłyszał jakiś hałas dochodzący z głębi prosektorium. Zatrzymał się, przepuszczając przybyszów przodem nasłuchiwał, co to za rumor. Sinaw i Irnen zatrzymali się przy profesorze, również nasłuchując. Po chwili podeszła do nich Katrin. Pokazała na dłoni trzy palce, po chwili wyprostowała czwarty. Lanara spojrzał na nią, zastanawiając się, co miała na myśli. Odgadł po paru uderzeniach serca, kiedy zaczął odróżniać pojedyncze, spieszne kroki.

Ktoś biegał po prosektorium, wyraźnie się zbliżając do zaplecza. Lanara spojrzał na kobietę, szukając dodatkowych wskazówek, ale Katrin rozłożyła tylko ręce, naśladując jego gest. Irnen i Sinaw również nie mieli pojęcia, kto to mógł być. Lanara ruszył w głąb prosektorium, żeby sprawdzić co się dzieje, a Sinaw i Irnen postąpili za nim. Kątem oka dostrzegł jeszcze maskę Katrin nasuwającą jej się na twarz. Nie wróżyło to dobrze.

Ludzie poszli z powrotem w korytarz, zostawiaj za sobą światło obcych. Po chwili zza rogu wypadli trzej zakonnicy. Lanara rozpoznał jednego z nich, młodszego z braci, którzy dziś byli w prosektorium. Pozostałych dwóch pierwszy raz na oczy widział. Byli młodzi, zapewne nowicjusze niedopuszczeni do oficjalnej wizyty. Profesor spostrzegł w świetle płynącym z zaplecza, że cała trójka jest uzbrojona.

– Co to ma znaczyć?! – Lanara wybuchnął na widok karabinów.

– Gdzie oni są?! – zakonnik wrzasnął zamiast wyjaśnień, zatykając profesora bezczelnością. Nie czekając nawet chwili na odpowiedź krzyknął na nowicjuszy, aby szli na zaplecze. Młodzi zakonnicy nie ociągali się z wykonaniem polecenia, chociaż nie potrafili ukryć własnego strachu, odbijającego się echem od ścian. Pomimo niepokoju, ruszyli w stronę światła, celując w wejście do sali. Narwany zakonnik ruszył za nimi, odpychając brutalnie Irnen, która próbowała zastąpić mu drogę. Dziewczyna krzyknęła, padając na ścianę, co rozwścieczyło doktoranta. Asystent rzucił się na zakonnika, ale z miejsca oberwał kolbą w czoło i sam osunął się po ścianie zamroczony ciosem. Siadł oszołomiony obok koleżanki.

Zmartwiały Lanara poczuł jakiś szybki ruch obok siebie a ułamek sekundy później zakonnik leciał przez korytarz jak długi. Zatrzymał się dopiero na ścianie, którą jeszcze oka mgnienie temu miał kilka kroków za plecami. Jego broń z trzaskiem rozsypała się na części. Nowicjusze chcieli się odwrócić, jednak będąc nienawykli do walki w pomieszczeniach jedynie obili się karabinami. Zanim zdążyli opuścić je na tyle, żeby móc się swobodnie obrócić, coś dosłownie katapultowało ich w powietrze. Jeden zdążył jeszcze nacisnąć w locie spust, robiąc w podłodze sporą dziurę. Rykoszet na szczęście nie zrobił nikomu krzywdy, ale huk boleśnie zadzwonił w uszach.

Na jasnym tle wejścia do zaplecza profesor dostrzegł charakterystyczne zakrzywienie. Nowicjusze widocznie zostali ogłuszeni, dowodzący zakonnik tymczasem podnosił się z ziemi zaskakująco żwawo. Znieruchomiał na sekundę kiedy też dostrzegł sunącą na niego zjawę. Odzyskawszy władzę w mięśniach zaczął wyszarpywać rewolwer z kabury, ale spanikowany nie zdążył nawet naciągnąć kurka, kiedy duch wystrzelił jak pocisk. Dopadłszy człowieka zjawa brutalnie wytrąciła mu broń z ręki a jego samego rzuciła w bok korytarza jak szmacianą lalkę.

Profesor stwierdził ze zdziwieniem, że Katrin albo musiała mieć wyjątkową awersję do zbijania, albo być wyjątkową sadystką. Dysponując taką siłą i zwinnością mogłaby dosłownie zmiażdżyć człowieka jednym ciosem, zamiast tego bawiła się wojownikiem. Sadyzm nie pasował do Katrin więc stary medyk stwierdził, że dziewczyna musiała mieć jakiś cel w poniewieraniu napastnikiem nijak niemogącym nawiązać równorzędnej walki.

Lanara wyjrzał zza węgła żeby zobaczyć co z napastnikiem. W ciemności nie sposób było dostrzec szczegółów, ale słyszał, że mężczyzna próbował się podnieść. Co by nie powiedzieć o narwańcu profesor musiał przyznać mu niesamowitą wolę walki.

Z korytarza za plecami zakonnika dochodziły spieszne kroki. Naukowiec przypomniał sobie, że Katrin wskazywała na czterech intruzów. Niezły słuch. Zanim ostatni z nieproszonych gości zdążył wyłonić się zza zakrętu, zakonnik już się podniósł, widocznie gotowy do dalszej walki. Tym razem uzbroił się w broń białą, stwierdził Lanara sondując nadsłowiem przedmiot w ręku wojownika.

Chwilę później korytarz wypełniło światło. Materializująca się obok profesora zjawa wypuściła pod sufit znajomą flarę. Duch tracił przezroczystość, idąc powoli w stronę zakonnika. Katrin odrzuciła szary kaptur, aby pokazać płynnie chowający się hełm, spod którego wypłynęły kręcone, ciemnoczerwone włosy związane z tyłu. Zakonnik stanął jak wryty przed kobietą wpatrującą się w czarny miecz w jego dłoni. A więc to ty, złodzieju, pomyślał Lanara. O to chodziło kobiecie. Katrin sięgnęła pod płaszcz i wyciągnęła własne ostrze. Płynnie zakręciła mieczem w jakiś niemożliwy dla człowieka sposób. Na ten widok z czaszki zakonnika wyrwał się podźwięk strachu. Wojownik doskonale zdawał sobie sprawę, jak znikome ma szanse w starciu, wciąż jednak trzymał miecz przed sobą. Uparty głupiec.

Profesor spojrzał za siebie, sprawdzając nadsłowiem co z nowicjuszami. Obaj byli nieprzytomni, ale żyli. Mark klęczał obok doktoranta, chyba czymś go cucił. Simon musiał pilnować pacjenta. Lanara spojrzał ponownie na korytarz. Katrin stała cztery krok od zakonnika i wskazywała palcem na wycelowany w siebie miecz. Obróciła dłoń wnętrzem do góry i powiedział coś ostrym, gardłowym głosem. Władczy ton podkreślała wyprostowana postawa i tak górującej wzrostem kobiety. Niższy o głowę, poturbowany zakonnik wyglądał przy niej jak zbity pies, ani myślał jednak odpuścić.

– Oddajże jej to żelastwo! – krzyknął Lanara zirytowany.

– To potwór!

– Sam jesteś potwór, oddaj co nie twoje! – Profesor stracił cierpliwość i postąpił w kierunku zakonnika, akurat kiedy na drugim końca korytarza pojawił się kolejny. Przez korytarz przeszła wibracja zdumienia, kiedy stary zakonnik dojrzał swojego brata stojącego naprzeciwko mierzącej ponad siedem stóp kobiety o dziwnej twarzy i gospodarza wydziału obok niej. Lanara ucieszył się, że to nie kolejny młokos przybywa z odsieczą, martwił go jednak rewolwer w dłoni zakonnika. Katrin energicznie postąpiła w bok, zasłaniając przewodnika własnym ciałem na wypadek, gdyby nowy przybysz strzelił. Zaskoczony reakcją kobiety naukowiec nie wiedział, co ma zrobić. Tymczasem obca w ułamku sekundy przerzuciła miecz do drugiej dłoni i wyciągnęła własny pistolet, celując w starszego zakonnika.

– Spokojnie! Katrin, spokojnie! – Lanara wypadł zza pleców kobiety, machając rękami nad głową. – Spokojnie wszyscy! Odłóż broń, jeden z drugim, ona nie chce nikomu zrobić krzywdy! Opuść broń, bracie! – krzyczał profesor do zakonnika. Lanara stanął pomiędzy młodszym zakonnikiem a obcą, wyciągając otwarte dłonie na boki. Starszy zakonnik powoli zaczął opuszczać rewolwer, Katrin postąpiła tak samo. Nie schowała jednak pistoletu, dopóki zakonnik nie schował swojego do kabury. Młodszy zakonnik nie dawał jednak za wygraną.

– Bluźnierco, to bestia! – mężczyzna wciąż trzymał miecz przed sobą, niemal kalecząc profesora. Lanara spojrzał na niego i odpowiedział spokojnie, zbijając narwańca z tropu.

– Wręcz przeciwnie.

– Kil’naaw. – odezwał się starszy z zakonników, idący sprężystym krokiem ku bratu. – Oddaj miecz. Nie jest twój! – zakończył dobitnie.

– To potwór… – rezygnacja wkradła się w głos upartego typa.

– Gdyby to był potwór, dawno byłbyś martwy. Zresztą nie tylko ty. – Skomentował obojętnie profesor, ostentacyjnie zakładając ręce na piersiach i opierając się o ścianę. Po chwili wahania dodał cicho. – Oni mają więcej wspólnego z bogami niż my.

Lanara złowił zaciekawiony wzrok starego zakonnik, nie kontynuował jednak wypowiedzi. Młodszy patrzył na kobietę, która wcześniej rzucała nim, jakby był z waty. Musiał niechętnie przyznać rację gospodarzowi. Opuścił powoli miecz, odpiął pochwę od pasa i schował ostrze do środka. Wyciągnął broń przed siebie na otwartych dłoniach, głęboko pochylając głowę. Katrin schowała broń niespiesznym ruchem i podeszła do zakonnika, by odbierać własność rozbitka.

– Gratia. – rzekła krótko. Zerknęła na, profesora puszczając do niego oko. Kiwnęła też staremu zakonnikowi, na którym głos i aparycja kobiety zrobiły olbrzymie wrażenie. Lanara uśmiechnął się do zdębiałego zakonnika, kiedy Katrin odwróciła się na pięcie i ruszyła na zaplecze raźnym krokiem.

– Chodź, kil’naaw. – starszy zakonnik rzucił sucho do kolegi i podążył za profesorem starającym się dogonić długonogą kobietę. Wojownik ruszył powoli, starcie mocno dało mu się we znaki. Przechodząc obok pozostałości swojego karabinu mężczyzna ciężko westchnął, zastanawiając się, ile siły musiała mieć kobieta, żeby roztrzaskać tak dokumentnie jego najlepszą broń.

– Tu jesteście, nicponie. – starszy zatrzymał się przy poturbowanych, ale już przytomnych nowicjuszy. – Za słuchanie nie swojego mistrza jeszcze się policzymy. – dodał, kierując jednak wzrok za siebie.

Wchodząc na zaplecze zakonnicy zamarli uderzeni widokiem nieludzi oraz ich świateł, sprzętów, obrazów i przedmiotów lewitujących nad ciałem zawiniętym w żywe srebro. Pomieszczenie wypełniło nadsłowie strachu i skrajnej konsternacji. Szkolenie w powściągliwości nie pomogło zakonnikom ukryć odczuć.

Lanara otworzył wrota i wyszedł na zewnątrz, prowadząc za sobą cały korowód. Słońce zaszło już za horyzont. Pogodne niebo przywitało ciepłym powiewem wiatru pachnącego świeżo skoszoną trawą. Chłód i smród prosektorium został w końcu za plecami. Simon i Mark minęli profesora, niosąc ciało na środek dziedzińca w towarzystwie świateł unoszących się obok nich. Katrin postąpiła za nimi kilka kroków, po czym się zatrzymała i odwróciła do zgromadzonych. W blasku flar jej kręcone włosy o głębokim odcieniu miedzi połyskiwały paletą ciepłych refleksów. Uśmiechnęła się do profesora. Przenosząc wzrok na asystenta i referentkę, skinęła lekko.

Niebo nad dziedzińcem zafalowało i rozjarzyło się białą poświatą nad obcymi medykami trzymającymi nosze pomiędzy sobą. Unieśli się i zniknęli w świetle kilkanaście stóp nad ziemią. Flary podążyły za nimi, pogrążając dziedziniec w półmroku. Katrin stała jeszcze przez chwilę, patrząc na zgromadzonych.

– Gratia wade, Lanara. – kobieta skinęła jeszcze asystentowi i referentce, uśmiechając się na pożegnanie.

– Żegnaj, Katrin. Woi nekeer – odpowiedział Lanara za wszystkich.

– Mei et.

Katrin uśmiechnęła się ostatni raz, po czym odwróciła się i poszła na środek dziedzińca, skąd uniosła się w światło. Blask zniknął, chwilę później a powietrze zafalowało, zostawiając stojących ludzi w ciszy. Profesor wyciągnął zegarek i ze zdziwieniem stwierdził, że cała przygoda trwała niewiele ponad godzinę. Wydawało mu się, że wszystko to zabrało całą wieczność.

*  *  *

Lanara siedział na werandzie za wydziałem do późnej nocy. Towarzyszyli mu jego asystent, urzędniczka i stary zakonnik. Naukowiec opowiadał o całym zajściu oraz wszystkich swoich spostrzeżeniach i przemyśleniach. Pozostali dodawali zaobserwowane przez siebie szczegóły, dyskutowali żywo, chociaż słaniali się na nogach ze zmęczenia. Okazało się, że pisk referentki faktycznie postawił na nogi wszystkich znajdujących się na terenie uniwersytetu – oraz w dość sporym promieniu od niego. To od niej Sinaw i kilku zaalarmowanych postronnych dowiedziało się kto wszedł do prosektorium. Zakonnicy dowiedzieli się o wizycie pośrednio. W końcu Sinaw oraz Irnen podziękowali za wieczór i się oddalili.

Lanara patrzył za nimi uśmiechnięty, przypominając sobie, gdzie poznał własną żonę. Zwrócił się do zakonnika pogodnie.

– Myślisz, ojcze, że już tak będą razem wszędzie chodzić?

– Kto wie. Mam na imię Man’nar. – odpowiedział zakonnik lakonicznie, uśmiechając się do profesora. Lanara ukłonił się, świadom jak rzadkim przywilejem było poznanie imienia któregoś ze sług Zakonu. Organizacja ta bynajmniej nie słynęła z promocji indywidualizmu.

– Myślisz, że kiedyś też będziemy potrafili to, co oni? – zapytał zakonnik.

Lanara zamyślił się, patrząc na wody Wa’ami, której nurt napędzał łopaty eksperymentalnej elektrowni zasilającej uniwersytet. W końcu odparł pogodnie:

– Myślę, że sporo wody jeszcze upłynie, nim się nauczymy.