Prolog

Ból.

Ból.

Ból.

Nie ma nic poza bólem.

Ból jest wszystkim.

Cały świat jest bólem.

Nie ma nic poza bólem.

Ból jest całym światem.

Świat?

Jakim światem?

Co to jest świat?

Czy poza bólem istnieje coś innego?

Czy poza bólem kiedykolwiek coś istniało?

Albo będzie istnieć?

Czas.

Jaki czas? Co to jest czas?

Jest teraz. Teraz jest bólem. Bólem, w którym zawiera się wszystko.

Ale coś musiało istnieć, skoro umiem nazwać ból bólem.

Doznaję przebłysku.

Światło.

Kiedyś było światło. Mnóstwo światła.

Czas i światło.

To już coś, coś poza bólem.

Dlaczego czuję ból?

Skąd się wziął?

Znów przebłysk.

Umysł.

Umysł jest światłem.

Ja jestem umysłem.

Kim jestem?

Kto?

Ja.

Jestem umysłem. Albo mam umysł. Umysł jest bólem?

Co to jest umysł?

Przebłysk.

Mam mózg. Umysł to wytwór mózgu.

Ból jest mózgiem?

Nie.

Ból jest wytworem umysłu.

Dlaczego tworzę ból? Nie chcę go.

Nie tworzę. Odbieram. W mózgu są połączenia i receptory, aksony i neurony. Receptory odbierają sygnały. To jest interpretowane jako ból. Skoro tak, to można chyba nad nim zapanować.

Wydaje mi się, że już kiedyś udało mi się nad nim zapanować.

Jak?

Nauczyłem się. Nauczyłem umysł przestać interpretować niektóre sygnały jako ból. Ból pojawił się, kiedy ciało zostało zmienione.

Mam ciało.

Mózg jest częścią ciała. Mogę panować nad mózgiem, tak jak potrafię panować nad ciałem.

Już pamiętam.

Ból był reakcją mózgu na nowe połączenia. Połączenia z czymś, co nie było mózgiem, ale zostało jego częścią.

Znów przebłysk. Obraz. Obraz mojego ciała. Włącznie z mózgiem. Ciało składające się z wielu części, z wielu organów. Mózg jest jednym z organów. Organem, który steruje innymi organami. Mózg ma własne podorgany. Mózg to system sterowania a nim steruje umysł, który jest tworzony przez mózg.

…kurde, że co? To działa? Coś, co bierze się z czegoś innego, steruje tym, z czego się bierze?

Nie ogarniam.

Ale widocznie jakoś jednak ogarniam ten system, skoro myślę.

System.

Systemem można sterować. Sam jestem systemem świadomym swojego istnienia i mogący sam sobą sterować. To jest świadomość. Świadomość… Czy ja jestem świadomy? Nie jestem. Nie zupełnie. Jestem świadom tylko w najgłębszej swojej części. Na najniższym poziomie. Jestem świadomy, że jestem czymś więcej niż tymi kłębiącymi się myślami, ale nie mam dostępu do niczego innego. Nawet nie wiem, czym jest wszystko inne. Mam tylko niewyraźny zarys.

Dlaczego nie mam jaśniejszego obrazu?

Albo dlaczego w ogóle mam tę niewielką część świadomości?

Powinienem być całkowicie nieświadomy.

Ale się budzę.

Coś mnie budzi.

Coś spoza mnie.

Poza mną coś istnieje. Coś istniało i coś będzie istnieć. Ale nie takie zwykłe coś. Wszystko. Ja nie jestem wszystkim. Jestem częścią wszystkiego, tak jak neuron jest częścią mózgu.

Co to jest neuron?

Część mózgu.

Już o to pytałem przecież…

Na pewno o to pytałem?

Neuron. Neurony.

Coraz więcej z nich zaczyna pracować.

Czuję to. Czuję rosnącą aktywność.

Czuję, że jestem. Nie jestem bólem, to ból jest częścią mnie. Nieprzyjemną. Konieczną? Chyba nie. Chyba nawet niepotrzebną. Niech zniknie.

Ból…zniknął.

Nie ma go.

Ulga.

Radość?

Kolejny przebłysk.

Jasna cholera. Ja się budzę. Coś mnie budzi. Coś jest nie tak, inaczej bym się nie budził. Nie w taki sposób.

Alarm. Nagła potrzeba. Coś złego się dzieje.

Zło?

Dobro?

Pojęcia antagonistyczne.

Abstrakcje.

Włączają się części mózgu odpowiedzialne za abstrakcyjne myślenie. Skoro włączają się te części, to zaraz włączy się wszystko. To jak rozpędzające się koło zamachowe. Koło zamachowe? Mechanizm. Ja też jestem mechanizmem. Samoświadomym mechanizmem mogącym się kontrolować. Czyli czym?

Człowiekiem. Jednym z wielu.

Ludzkość…

Ludzkość nie jest jednym ciałem. Podziały. Ludzkość jest podzielona na zbiorowości, które nie są jednym ciałem… ale trochę przypominają ciało.

Części ciała zawsze ze sobą współpracują. Inaczej wszystkie giną razem.

Zbiorowości też giną, jeżeli nie są dostatecznie jednym ciałem.

Coś jest ponad tym. Mam coś na myśli, ale nie mogę tego dotknąć. Jak owoc nad głową, który jest zbyt wysoko, aby go dosięgnąć.

Nowe pojęcia. Coraz więcej nowych pojęć. Nie nowych. Starych, znanych. Przypominam sobie.

Owoc. Drzewo. Trawa. Las. Zwierzęta. Ludzie. Frakcje. Walczące ze sobą frakcje. I nie tylko ze sobą. Są też inni. Inni ludzie. Nieludzie. Inni. Inni też są podzieleni. Nie zawsze…

Gubię się. Za dużo pojęć, zbyt wiele koncepcji, przytłaczający napór informacji, zarysów, wspomnień… ale jedno jest wyraźne, unosi się ponad wszystkim innym.

Walka. Wojna. Wojna i walka.

Moje przeznaczenie.

Jestem żołnierzem. I się budzę. Budzę się w trybie awaryjnym.

Wojna… Walka… Alarm… muszę się obudzić. Teraz!

Koło zamachowe się rozpędza.

Ale chyba za wolno, tak mi się wydaje. Nie mogę działać za wolno. Nie wiem dlaczego, ale wiem, że muszę.

Poprawka, już wiem. Zarys stał się wyraźniejszy i nabrał kształtu.

Porażka. Walczę, żeby do niej nie dopuścić.

Jeśli zawiodę, inni ludzie też przegrają. Zginą.

Jestem żołnierzem, częścią armii. Armia jest jak ciało, jeśli któryś element zawiedzie, wszyscy zginą. Inne armie nas zniszczą. Musimy pokonać inne armie, żeby istnieć.

Musimy niszczyć inne armie, żeby nie zostać zniszczeni? Mamy walczyć, żeby nie przegrać? Walczyć, żeby walczyć? Bez sensu. A nie możemy wszyscy po prostu być i nie walczyć?

Nie. Ktoś zawsze chce walczyć. Jeśli jedna frakcja się podda, zostanie zniszczona. Jeśli wszystkie przestaną walczyć, to w końcu ktoś zapragnie je wszystkie sobie podporządkować albo zniszczyć i nikt go nie powstrzyma, bo nikt poza nim nie chce walczyć. To głupie, ale tak to działa. Działasz zgodnie z tą regułą albo giniesz. A ja jestem tego częścią. Walczę, żeby nie przegrać. Niszczę, żeby nie zostać zniszczonym. Nie podoba mi się to, ale tak to działa.

Niepokój. A może jednak mi się podoba? Jeśli nawet nie całkowicie, to chociaż jakaś część tej morderczej zawieruchy przypadła mi do gustu?

Nowe uczucie – niepokój. Integralna część każdego człowieka. Niepokój przed samym sobą. Przed innymi ludźmi. Niepokój przed nieznanym.

Wszyscy go odczuwają. Skoro tak, to czemu walczą cały czas?

Kolejne zarysy nabierają wyrazistości, cienie ustępują miejsca światłu padającemu na coraz wyraźniejsze kształty. Widzę coraz więcej szczegółów.

Wieczna walka? Nie, to nie tak.

Nie walczymy cały czas. Walczymy, kiedy wiemy, że wygramy. A przynajmniej kiedy wygramy więcej, niż przegramy. Polityka. Sojusze.

Sojusz wielu fakcji jest silniejszy od jednej frakcji. Sojuszu nie da się tak łatwo zniszczyć. Sojuszowi może przeciwstawić się tylko inny sojusz. Walka między sojuszami jest zbyt ciężka. Zbyt wiele strat po obu stronach. Walka staje się bez sensu. Żadnych korzyści, same straty. Ostatecznie więc istnieją armie gotowe do wojny, która nigdy nie wybucha.

Natłok myśli. Mają sens. Jakiś sens. Na pewno ma to jakiś sens?

Muszę się obudzić. Alarm. Walka. Wojna. Inne armie. Wojna. Wojna. Wojna.

Cienie wspomnień. Gwałt i przemoc. Tych cieni nie rozjaśnia żadne światło. Pozostają pojęciami bez wyraźnego kształtu, wiem, że tam są, ale nie mogę ich dostrzec. Jak ruch wyczuwany, kiedy nic nie widzisz.

Dlaczego się budzę? Kto chce nas zniszczyć? Dlaczego? Czy nie mamy sojuszników? Przecież mieliśmy sojuszników. Dlaczego ktoś atakuje sojusz?

Nie.

Nie mamy sojuszników. Już nie mamy. Coś mi podpowiada, że od dawna. Oraz że to nasi sojusznicy chcą nas zniszczyć. Ale… dlaczego mieliby to robić?

Bo nie chcą zostać zniszczeni.

To my chcemy niszczyć. Inni chcą nas zniszczyć, bo się nas boją. To my jesteśmy armią, która zagraża innym i przeciwko nam się jednoczą. Ze strachu przed nami. W tym przede mną.

Dlaczego my chcemy zniszczyć innych? Bo wygramy więcej, niż przegramy?

Nie. Wiem, że to nie takie proste. I wiem, że właśnie dlatego zasnęliśmy. Ten zarys jednak wciąż nie nabiera barw ani wyraźnych konturów. Szczegóły cały czas chowają się w głębokim cieniu.

Wiem, że odpowiedzi tam są, ale nie mogę do nich dotrzeć. Czuję, że są zbyt złożone, żebym mógł sobie teraz przypomnieć. Muszę poczekać.

Alarm. Cholerny alarm. Budź się żołnierzu! Już!

Koło zamachowe się rozpędza.

Zbyt wolno. Niemniej kręci się coraz szybciej. Świadomość powoli wraca. Rozlewa się na kolejne części mnie. Czuję, że mam kontrolę nad coraz większą częścią siebie. Z mroku wyłaniają się kolejne widma przeszłości. Potrafię nazwać coraz więcej części swojego ciała. Wraca do mnie wiedza, czym się zajmują. Neurony budzą się do życia, szepczą, mówią, w końcu krzyczą kakofonią impulsów elektrycznych biegnących wzdłuż aksonów. Jak kostki domino. Tyle że każda przewraca nie jedną kolejną kostkę, ale setki kolejnych. Niestety, te kostki upadają powoli. Budzą się wolniej, niż bym tego chciał – jak zaspany człowiek, którego trzeba kilka razu potrząsnąć, zanim otworzy oczy. Muszę to jakoś przyspieszyć. Tylko jak obudzić neuronalne śpiące królewny? Delikatne buziaki nie działają tak dobrze, jakbym chciał. To może każdą kopnąć w ryj z całej siły? Dobry pomysł. Tylko trzeba mieć na to trochę więcej energii. Skąd wziąć więcej?

Dobra, po kolei. Skąd komórki biorą energię?

Z ATP.

Skąd się bierze ATP?

Seria pojęć, obrazów, schematów i mechanizmów. Szlaki metaboliczne. Bilansy energetyczne. Glukoza, glikoliza, utlenianie, mitochondria. Cykle, reakcje, biochemia.

Pojęcia przelatują przez świadomość jak pociski. Każdy innego kalibru, żaden nie zatrzymuje się na dłużej. Jeżeli któryś na krótką chwilę zostanie złapany, to i tak rozpada się na szereg mniejszych odłamków. Każdy fragment wybucha, maluje umysł echami dziesiątków zjawisk, z których część nachodzi na siebie. Inne zdają się od siebie odległe jak kontynenty po przeciwnych stronach globu, do którego rozmiarów nagle urósł mikrokosmos kilku reakcji chemicznych. Jedno pytanie, wiele odpowiedzi. Każda jest na temat, każda ujmuje część problemu, każda reprezentuje osobny kosmos wiedzy, każdy kosmos jest tylko jednym z wymiarów multiwersum. Komórki, replikacja, DNA, ewolucja. Replikacja, rozmnażanie, seks, potomstwo, dziedziczenie. DNA, RNA, aminokwasy, białka, tkanki, kości. Ewolucja, zmiany, natura, życie, śmierć, chaos i porządek. Seks, ludzie, społeczeństwa, wojny, technologie, maszyny, statki, podróże. Replikacja, helisy, nukleotydy, serie rybo, adenina, tymina, uracyl, cytozyna, guanina. RNA, matryca, zasady azotowe, powielanie, wirusy, choroby, leki, ulepszenia, dopalacze biochemiczne, cybernetyka.

Kaskady niekontrolowanych impulsów zalewają mózg, topiąc intencje i świadomość. Stop.

Fale terminów, definicji, określeń z idącymi za nimi mechanizmami, zasadami i opisami nagle wypełniają szczelnie każdy zakamarek budzącej się świadomości. Stop.

Jak spokojne wody w zbiorniku, które nagle przerwały tamę naporem swojej masy, przedzierając się w dół z niehamowaną furią tkwiącą pod spokojną dotąd taflą. Stop.

Stop.

Powódź koncepcji wyparła wszystko, co poddawało się jakiejkolwiek kontroli. Wypchnęła też samą kontrolę. Stop.

Stop.

Stop!

Rzeka powoli się uspokaja, poziom opada, dając miejsce na oddech przytomności, która zaczerpnąwszy pierwszego haustu samej siebie, rozprasza obezwładniającą dotąd powódź.

Stop. Stop. Stop. Do ciężkiej cholery, stop. Co to było?

Kiepsko. Nie mam kontroli nawet nad tą częścią mózgu, która już pracuje. Ale nie ma tego złego, przynajmniej wiem, że mogę sobie włączyć w głowie turbo w razie potrzeby. Jak tylko odzyskam jako taką kontrolę nad większością procesów. Patrzcie państwo, a centralny implant miał hamować takie niekontrolowane wyrzuty… Składam reklamację.

Aha… Tak, już. I co dostanę? Nowy implant?

No dobrze, powiedzmy, że gwałtowną aktywację mózgu możemy sobie na razie odpuścić, lepiej powoli a dobrze niż szybko sobie zrobić kuku… Skoro mózg się budzi w swoim tempie to może wcześniej uda się odzyskać kontrolę nad resztą ciała?

Po kolei. Serce? Pracuje. Wolno. Bardzo wolno. Cholera, zdecydowanie zbyt wolno. Bez tego reszta nie ruszy. Trzeba je jakoś przyspieszyć.

Jak? Adrenalina. Skąd ją wziąć? I co to w ogóle jest adrenalina? Hormon. Co? Hormon? Hormon… Tak, hormon. Jasny gwint, na takim haju jeszcze w życiu nie byłem. Czy ja w ogóle żyję? Wróć. Adrenalina. Hormon walki i ucieczki. Walki. Przyda się, zawsze się przydawał. Tylko nie za dużo, bo wszystko zwariuje. Automatyczna dawka? Za duża, niedostosowana do mojego obecnego stanu. Trzeba samemu wyregulować dawkę. Aha, tak, już się robi… Niby jak? Przecież nie przekręcę kurka w głowie, ręce się nie zmieszczą do głowy. Zaraz, nie głowy. Nadnercza. Adrenalinę produkują nadnercza. Czyli jestem w dupie.

Dupa. Ręce. Ha! Ja mam ręce! I nogi! U każdej ręki i nogi po pięć palców! Ale fajnie!

Radość. Układ nagrody. Dzień dobry, dzień dobry, witamy na pokładzie, śpiąca królewno. A teraz stul pysk i nie przeszkadzaj. Reszta układu limbicznego nie ma czasu na pierdoły.

Płuca, nerki, żołądek, wątroba, szereg innych narządów. Leżą i smacznie śpią, tylko układ nerwowy jako tako działa. Za wolno, wszystko za wolno, jasna cholera. Mięśnie. Prawie żadnej aktywności. No nie dobrze.

Adrenalina. Kortyzol? Tylko troszeczkę, tylko skąd?

Aktywność nadnerczy: śladowa.

No tak, śpi. Trzeba najpierw poczekać, aż się obudzi. Cóż, trochę to potrwa. Nie traćmy czasu. Co tam można odbębnić w międzyczasie?

Zero pomysłów. Pudełeczko z pomysłami puste. Pudełeczko? Wspomnienie. Mam jakieś wspomnienia związane z pudełeczkiem w głowie. Wspomnienia. Pamięć długoterminowa już całkiem raźno działa. Oby tym razem bardziej składnie. Nie potrzebuję kolejnych fajerwerków. Niech się powoli rozpalają, ale za ścianą.

Ciekawe. Nie wiem jak, ale wiem, że udało mi się jakoś oddzielić napływ wspomnień od świadomości. Jakbym zamknął szklane drzwi, za którymi płonie świat. Widzę światło, ale nie czuję jego ciepła jeśli nie otworzę drzwi z własnej woli. Zostawiam tylko szparę, przez którą wlewa się żar. Niech powoli rozgrzewa tę część, w której się znajduję.

Koło zamachowe się rozpędza. Coraz szybciej.

Czuję, że za szybą znów przepłynie ognista powódź wspomnień. Przetoczą się przez mózg jak tornado oszalałych owadów, jak sztorm przez morze. Zapora, którą postawiłem zatrzyma większą część tej kakofonii, ale nawet echo będzie wyraźne. Wiem to. Już tego doświadczyłem. Nie tylko teraz, nie tylko przed chwilą. Wcześniej. O wiele wcześniej.

Tornado, huragan, pogoda, klimat, życie, owady, gniazda. Morza i lądy. Kolejne pojęcia pojawiają się wraz z obrazowymi definicjami jak grzyby po deszczu. Haha, grzyby po deszczu? Hahaha. Śmieszne, grzyby. Chce mi się śmiać, nawet pomimo braku łączności z ustami. Psiakrew, limbo, prosiłem, zamknij się i nie przeszkadzaj.

Swoją drogą co to u licha są grzyby? Ziemia. Grzyby to takie organizmy z Ziemi. Dziwne. Często przydatne. Chyba nawet mam jakieś pod ręką. Byle nie za dużo. Albo i nie mam? Może obumarły, kiedy spałem? Ile spałem? Długo… Inaczej tak by nie bolało na początku. Ostatnim razem nie bolało tak bardzo, kiedy budziłem się na alarm. Poprzednim razem? Jakiś test…

Kolejne wspomnienia. Coraz więcej, cała lawina. W każdym momencie wydaje się, że potok wspomnień nie może się nasilić już bardziej, że to maksymalne tempo, ale w każdej kolejnej chwili ten potok staje się coraz bardziej rwący. Boję się, że ten potok w końcu zmieni się w potężną rzekę, a ta w powódź, która znów przerwie tamę. Znów wyprze świadomość. Boję się, że to tsunami pozrywa delikatne połączenia. Nici, których układ determinuje kim jestem, co potrafię i do czego jestem zdolny. Neurony i aksony odzywają się rojem impulsów. Hałas przybiera na sile. Skąd ten potok bierze energię? No tak, ATP. I znowu, szlak glikolityczny przypomina się w całej okazałości. Na szczęście tym razem nie zalewa mnie bez reszty. Panuję nad tym. Chwila, skąd ja w ogóle znam takie terminy? Przecież nie jestem biologiem ani medykiem. Nawet polowym. Skąd ja tyle wiem o neuroprzekaźnikach i funkcjonowaniu układów nerwowych?

Katrin… a więc to do ciebie reklamacje. Nie przewidziałaś paru rzeczy, kotku.

Dobra, sentymenty na bok. Trzeba się oszczędzać i wytłumić wszystko, co nie jest akurat krytycznie potrzebne. Trochę tego za dużo się zbiera. Strach, pytania o przyczyny i mechanizmy działania, wspomnienia i informacje o różnych rzeczach. Oraz dziwna euforia, która całkiem zastąpiła ból.

Chaos. Chaos ponad wszystkim.

Koło zamachowa coraz bardziej się rozpędza.

Coraz szybciej… a ja paradoksalnie wciąż mam wrażenie, że za wolno. Tak mi się wydaje. Czy na pewno dobrze? Nie wiem, ale alarm to alarm, trzeba ruszyć tyłek i zobaczyć co się dzieje. Od tego tu jestem.

Tu, czyli gdzie?

Znowu przebłysk. Bądź raczej seria zlewających się fleszy, pojęć i definicji. Obrazów, wspomnień i dźwięków. Dźwięki. Coś nowego, ale zupełnie mnie nie zaskakuje istnienie tychże. Dźwięki to mechaniczne zakłócenia w powietrzu, które mózg pokrętnie interpretuje i nadaje im formę zrozumiałą dla siebie – dla mnie. Tak samo, jak określoną aktywność niektórych neuronów interpretował jako ból. Mogę nauczyć się je inaczej interpretować. Na przykład jako obrazy. Wydaje mi się to idiotyczne, ale to chyba czasami przydatne. Ha, czyli jednak umiem coś takiego. Hahaha, świetnie!

Drogi układzie limbiczny, ja ciebie grzecznie proszę, przestań w końcu suszyć zęby, psia twoja mać, próbuję się skupić.

No, co się obudziło, to się obudziło, ale zanim będziecie w stanie kontrolować wszystko, to jeszcze trochę potrwa, panie żołnierzu. Pan. Jestem mężczyzną, znaczy. To znaczy, że są też kobiety. Katrin jest kobietą. Kolejne obrazy, dźwięki i wspomnienia. Przyjemne. Zapachy i smaki. I inne doznania. Dotyk… I twarze kobiet. Jedna szczególnie wyraźna. Kto to? Katrin? A więc dlatego nazwałem cię kotkiem.

Układ nagrody znowu się rozkręcił, tym razem na całego. Zresztą nie tylko on. Cały układ limbiczny i wszystko, z czym ma bezpośredni kontakt. Wszystko zaczyna się burzyć i wrzeć. Wstydzę się tego wszystkiego i się boję. Cieszę się, że się boję i czuję żal, że się cieszę. No jasna cholera. Może jednak jestem kobietą? Wszystko rozlewa się i wymyka spod otępiałej kontroli. Nie no, do ciężkiej cholery, tak się nie będziemy bawić, zewrzeć wszyscy pyski, porucznik ma się skupić i wziąć do roboty, a nie pieprzyć. Baczność, skurwysyny i kolejno odlicz!

Coś potraktowało rozkaz szczególnie dosłownie. Chyba jednak tylko w mojej własnej wyobraźni, bo krążenie dalej takie sobie, oględnie mówiąc. Czyli technicznie rzecz biorąc, nadal jestem trupem.

A muszę być żywy i na siłach.

Dobra, skoro potrafię już w miarę logicznie myśleć, to trzeba się zebrać do kupy i posiedzieć przy kontrolkach. To włącz, tamto wyłącz, to w stan czuwania, tamto w ogóle wytnij. Bułka z masłem. A raczej grzebanie za pomocą dłuta w galarecie, w której ktoś zatopił kilometry kabelków. Chcesz dostać się do jednej rzeczy, a po drodze zewrzesz dziesięć innych. Bez sensu. Przecież to nie może tak działać, ten system jest zbyt złożony, żeby analizować kolejno każdy sygnał i dawać zielone światło każdemu impulsowi. W końcu teraz leżę i zasadniczo nic nie robię, a już ledwo daję radę ogarniać ten kocioł. Zupa przecież dopiero lekko paruje. Nawet nie chcę myśleć, co będzie, jak zacznie wrzeć. Na przykład funkcje motoryczne. Albo artykulacja myśli — przecież to jakaś paranoja. Jak kontrolować jednocześnie całą masą precyzyjnych mięśni, żeby w locie przetwarzać impulsy elektryczne z paru części mózgu? Nawet przeponą nie jestem jeszcze w stanie ruszyć. Tutaj musi być jakiś automat. Tak w ogóle to jakim cudem pół mózgu leży odłogiem, reszta ledwo zipie, a ja mogę tym sterować? I jeszcze jedno, skoro nie mogę ruszyć przeponą, a serce ledwo krew przetacza, to skąd mam tlen? Przecież prawie wszystkie zapasy powinny zostać wydalone z organizmu przed wejściem we właściwą kriohibernację.

Chyba mam problem, bo tak mi się zdaje, że w zasadniczo to nie mam czym oddychać. Jadę na oparach. Stosunkowo niewielkich ilościach rozsianych po całym mózgu na wypadek awaryjnego wybudzania. Niedobrze. Wytłumić, wszystko w cholerę wytłumić!

Chwila, chwila… Serce? Niech cię szlag, geniuszu. Przecież serce ma bezpośrednie połączenia z centralnym implantem. Jemu nie jest potrzebna adrenalina, żeby się rozruszać. Niech żyją zalety technologii nad biologią, jasna cholera. Szkoda, że nie przypomniałem sobie o nowym sercu wcześniej. Zresztą serce ruszyło automatycznie jeszcze zanim zacząłem się budzić. Dlaczego? No tak, impuls z zewnątrz. Cóż, sercem mogę sterować, adrenalina nie jest mu potrzebna, ale prawie cała reszta i tak chętnie by się napiła nieco na otrzeźwienie. Prawie cała reszta… co mi tam jeszcze wymienili na syntetyczne ostatnio? Ostatnio… haha dobre sobie, ile ja już tu leżę? Stop, informacja niepotrzebna. Wróć. Co jest mi teraz potrzebne, a mogło zostać wymienione? No tak, przepona też niepotrzebna teraz, sklerotyku. Przepona niech śpi dalej i się sama odezwie jak będzie chętna i potrzebna. Od czegoś w końcu mam automatyczną wentylację — kilka syntetycznych mięśni, mogących powoli tłoczyć powietrze przez układ oddechowy. O zewnętrznych źródłach zaopatrzenia nie wspomnę.

Od początku. Diagnostyka. Wentylacja uruchomiona, krążenie prawie niewyczuwalne, ale wystarczające, żeby dostarczyć niewielkie ilości tlenu na podtrzymanie podstawowych funkcji życiowych. Przydatny bajer, kiedy chcesz udawać trupa. Albo kiedy nim praktycznie jesteś z przyczyn nie do końca do ciebie zależnych. Chyba kiedyś wykorzystałem już ten trik. Kiedy? Nie pamiętam, a szperać w pamięci teraz mi się nie chce. Nawet jakbym mógł. I tak co chwila odpływam. Wciąż się gubię w samym sobie. Potrzebuję kontroli. Złapać wszytko za pysk. No już.

Dobrze, ośrodki pamięci się uspokoiły, są pod kontrolą i nie zżerają wszystkich zasobów. Inna sprawa, że pewnie nie pamiętam teraz o połowie nowych implantów. Trudno, wszystko z czasem. Byle nie panikować. Adrenalina i kortyzol się z czasem pojawią. Tak jak i cała reszta potrzebnych rzeczy, o których istnieniu teraz nie wiem.

Wróćmy do tego automatu. Za jakiś czas płuca i serce zaczną pracować na wyższych obrotach, wtedy będzie można uruchomić bardziej zasobożerne funkcje. A tego już nie dam rady opanować bezpośrednio pstrykając guziki. Coraz dziwniejsze wydaje mi się, że mogę sterować poszczególnymi częściami mózgu, podczas gdy ten zasadniczo nie funkcjonuje jako całość. Chociaż z drugiej strony jest pewnie cała masa rzeczy, których nie kojarzę. Ten dziwny stan świadomości własnego istnienia to nie, że to tak ujmę, właściwy ja, tylko jakiś pilot mojej własnej osobowości. Z bardzo ograniczonym dostępem funkcji i zdolności, za to z bezpośrednim dostępem do wszystkich organów i podorganów. A przynajmniej sporej jej części. Mózg mózgu. Rdzeń. Jądro. Centralny implant. Czy ja już o nim nie wspominałem?

Znów z pamięci idą informacje, że nie urodziłem się z tym wszczepem. Nie urodziłem się też z tym sercem. Oraz wieloma innymi rzeczami. Sztucznymi. Może nie do końca maszynami, ale też nie naturalnymi elementami. Zostałem zmodyfikowany. Ulepszony. Zoptymalizowany. Do walki. No tak, w końcu jestem żołnierzem.

Żołnierzem w stanie śmierci klinicznej. Praktycznie na rzecz patrząc, jestem w tym momencie trupem żołnierza i jako taki jestem bezużyteczny. Trzeba będzie zmodyfikować procedury, bo obecne chyba nie zdają egzaminu do końca. Mam nadzieję, że gdzieś się odkładają logi ze wszystkiego.

Za dużo dywagacji. Skup się facet. Przecież musi się jakoś dać to wszystko ruszyć. Myśl, żołnierzu, za to ci przecież płacą. Ręczne grzebanie przy każdym kolejnym narządzie odpada, za dużo tego, nie o wszystkim pamiętasz, pokręcisz coś i wszystko zepsujesz. Klapa będzie i wylecisz z roboty.

Włączenie znów turbo, żeby przynajmniej mózg się rozgrzał, też nie wchodzi w grę. Za mało glukozy, za mało tlenu, żeby wszystko udźwignąć. Poszumi przez chwilę i znów siądzie. Dopóki serce i płuca nie zaczną pracować na wyższych obrotach — zrobię sobie tylko krzywdę, zamiast się ogarnąć.

Musi być jakiś automat, który to wszystko wybudzi w ludzkim tempie i bez mieszania w zabawę świadomego sterowania wszystkim na raz. A sporo tego. Pień mózgu, móżdżek, szyszynka, płaty, gruczoły, hormony. Tyle że to wszystko teraz działa, powiedzmy, tak sobie. Na granicy życia i śmierci.

Noradrenalina! Pień mózgu, czyli tuż za płotem. No przecież, baranie, czemu wcześniej o tym nie pomyślałeś?!

Bo zblokowałeś ośrodki pamięci…

No dobrze, dobrze. Jedziemy z koksem. Tylko jak? Pień jest praktycznie zupełnie zautomatyzowany, nawet implant ma do niego ograniczony dostęp, żeby niczego nie sknocić — czyli mnie zabić, jeśli coś pójdzie wyjątkowo źle. O to nietrudno przy grzebaniu w takiej strukturze. Jeden impuls nie tam gdzie trzeba i kurtyna opada. Dziękujemy za przedstawienie. Owacji nie będzie.

Skąd się bierze noradrenalina konkretnie?

Jakieś miejsce.

…szare?

…sine?

Sinawe!

Dobra, gdzie to leży?

Most?

Tak.

Dobrze, kabelki tam dochodzą?

Dochodzą.

Świetnie.

No to strzał!

Centralny implant i wybudowany atlas anatomiczny rządzą. Dziękuję Katrin, rączki całuję. Jak je umyjesz już z płynu mózgowo-rdzeniowego. Przy tym krążeniu trochę to potrwa, zanim się cyrk zbierze. Cóż, to i tak szybciej, niż gdybym miał czekać na automatyczne procesy komory. Ciekawe, ile mnie nie było.

Właśnie. Kolejna sprawa, łączność z zewnątrz. Skoro przyszedł alarm, to kriokomora musi mieć łączność z siecią wewnętrzną wieży. Ponadto moje implanty powinny gadać z komorą. Kanały są dwukierunkowe, więc powinienem móc się zorientować w sytuacji. Swoją drogą to zabawne, mam łączność z własnym łóżkiem. Znów mi się zbiera na humory. Skup się, Jaron!

Diagnostyka połączenia. Wszystko działa, z grubsza. Coś nie styka na paru pomniejszych liniach, ale mniejsza o to. Bez bajerów się obejdzie. Idźmy dalej. Neurologowanie do komputera komory. Zakończone powodzeniem. Świetnie. Data?

O kurwa.

Niemożliwe.

Słowo daję, że zrobiło mi się zimno i przeszły mnie dreszcze.

Nie, coś się musiało zrąbać. To niemożliwe.

Synchronizacja z siecią wieży. Poszła.

Data? Ta sama…

Niemożliwe.

Do ciężkiej cholery, to się nie dzieje…

Logowanie do sieci wieży.

Trwa trochę za długo, ale się udaje.

Diagnostyka systemów. Ruszyła, czuję, że spływają dane z całej sieci. Powoli. Coś jest nie tak. Klaster ledwo się trzyma, masa błędów i ostrzeżeń. Wizualizacja mieni się niewyraźnie czerwienią i pomarańczem. Kora wzrokowa wciąż się budzi, więc nie mogę rozróżnić poszczególnych elementów. Czuję, że sieć ledwo się trzyma. Większość głównych węzłów jest wyłączona, nawet serwer monitoringu kriokomór leci na minimalnym poziomie. Do tego bez choćby jednej zapasowej maszyny. Jak coś jeszcze padnie to koniec. Jasna cholera, czemu nie wybudziło mnie wcześniej?!

Brak łączności z siecią planetarną. Wieża jest odcięta.

Logi. Ostatnie połączenie z zewnętrznymi węzłami?

…nie. Nie wierzę. Siedem tysięcy lat temu. Ze sporym okładem.

To się nie dzieje. To sen. To się nie może dziać. Awaria. Desynchronizacja. Cokolwiek.

Zaraz zwariuję.

Koniec, później. Są bardziej bezpośrednie problemy.

Alarm. Podniesiony? Ponad dwie godziny temu. Powód?

Intruzi.

No żesz jasna cholera!

Ilu?

Brak informacji. Zaawansowane czujniki? Wyłączone. Od trzech tysięcy lat…

Włączyć!

Niepowodzenie. Wymagane włączenie dodatkowych węzłów albo postawienie działającego w stan pełnej aktywności. Zapasowy węzeł monitorujący wyłączony, więc lepiej nie ruszać. Coś się wyłoży i cała impreza może się zwijać. Trzeba uruchomić pozostałe serwery. Zasilanie? Działa jedna z trzech reaktorów. Minimalna aktywność, ale podtrzymuje wszystko, co potrzebne do utrzymania niezbędnych systemów i sarkofagów. Czyli nie tak źle, biorąc pod uwagę rzekomą długość spoczynku…

Dobra, szefie, po kolei. Diagnoza działającego rdzenia i sprawdzenie łączności z pozostałymi. Zielono. Dobrze, w końcu jakaś dobra wiadomość. Uruchomić drugi rdzeń, tryb rozruchowo-diagnostyczny, jeśli reaktor będzie sprawny — przejście w tryb dynamiczny; w pozostałych przypadkach powtórz dla trzeciego rdzenia; w razie niepowodzenia zgłosić do mnie. Diagnostyka sprzętowa pozostałych węzłów. Kilka na zielono, połowa na pomarańczowo, reszta totalnie martwa. Mogło być gorzej. Rozruch zielonych i autodiagnostyka. Poszło.

W międzyczasie, co tam u mnie? Ciśnienie krwi się zwiększa, mięśnie się rozgrzewają, narządy wewnętrzne zaczynają pracować, serce zwiększa światło, przepona pracuje. Świetnie, wentylacja niedługo przestanie być potrzebna. Mózg się wybudza, wszystkie ważniejsze ośrodki się odzywają i zaczynają ze sobą składnie gadać. To wciąż raczej żółwi spacer niż sprint, ale od czegoś trzeba zacząć. Noradrenalina działa, nadnercza niedługo będę mogły działać, jak powinny. Zafunduję sobie zaraz trochę chemii organicznej.

Węzły wstały i włączyły się do sieci, przejmując część funkcji. Wiwat protokoły balansujące. Można zacząć uruchamiać potrzebne funkcje. Tryb wysokiej dostępności uruchomiony. Replikacja międzywęzłowa uruchomiona. Diagnostyka struktury, detekcja intruzów, sprawdzenie systemów podtrzymywania życia w pozostałych komorach. Poszło. Ciekawe, czy ktoś jeszcze został obudzony?

Informacje zaczynają spływać z sieci. Technologia zdaje egzamin. Po tysiącach lat wciąż działa. Wprawdzie mija trochę czasu, zanim to wszystko się załaduje, ale tak długi okres miał prawo nadszarpnąć to i owo. Dostaję w końcu dane. Nie podobają mi się ani trochę. Wieża jest uszkodzona, liczne mniejsze przerwania zewnętrznej osłony, kilka większych. Zewnętrzny pancerz jest podziurawiony jak po ostrzale wysokoenergetycznymi pociskami. Jasny gwint, co tu się działo? I czemu nie obudzono załogi? Załoga na szczęście cała, wszystkie komory działają. Gdzie są logi do cholery?

Intruzi! Siedmiu, musieli wyjść przez jedno z większych uszkodzeń w ścianie. Chrzanić teraz logi, ktoś łazi po jednym ze środkowych poziomów. Nieproszeni goście się rozdzielili. Dwie pary chodzą po korytarzach rozdzielni mocy, trójka schodzi niżej, do pomieszczeń kriohibernacji. Znaczy tutaj…

Nadnercza! Jazda! Pień mózgu, jazda! Implanty bojowe, jazda! Wszystkie mięśnie, sekwencje skurczy wybudzeniowych! Zbieramy się z zimnego nocnika, dość się wyspałem, trzeba brać się do roboty po urlopie. Trzydzieści siedem tysięcy lat w dupę. Nie wierzę, że to wszystko jeszcze działa. Skariańska technologia jednak rządzi.

Spływają kolejne raporty z czujników. Czujniki nie działają idealnie, ale wygląda na to, że intruzi poruszają się wolno. Rasa niezidentyfikowana, humanoidalna. Prawie żadnych odczytów energetycznych poza niewielkimi źródłami ciepła. Zero promieniowania, żadnych elementów elektronicznych ani w ogóle niczego, co by wskazywało na posiadanie jakichkolwiek urządzeń. Jeden osobnik ma chyba jakąś prymitywną broń przypominającą pistolet. W kieszeni. Co to u licha, wycieczka szkolna? Nieważne, najpierw ich pozabijam, potem zacznę zadawać pytania. Nie, jasny gwint, obezwładnić trzeba. Martwi mi się nie przydadzą.

Naruszono wewnętrzna przestrzeń wieży, intruzi nie należą do skariańskich sił zbrojnych. Są zagrożeniem, muszę ich wyeliminować.

Nie mogę, muszę się dowiedzieć co to za jedni i co tutaj robią.

Muszę ich zabić! Nie mogę! Muszę! Nie! Jasna cholera, tryb bojowy przejmuje nade mną władzę. Brawo geniuszu, aktywowałeś implanty bojowe bez sprawdzenia najpierw, czy działają poprawnie. No jasna cholera!

Dobra uspokój się żołnierzu, dezaktywuj to badziewie. Dezaktywuj, powiedziałem. No już! No jasna cholera nie trzęś się tak. Zatrzymać ten cyrk, teraz!

Nie mogę… tracę kontrolę. No do jasnej cholery, nie mogę przecież.

Czuję jak zalewają mnie hormony, implanty przejmują kontrolę nad kolejnymi częściami umysłu i ciała. Wyłączają wszystko, co nie jest potrzebne do walki. Rozkręcają każdy element, który może się przydać w boju, ale ja już nad tym nie panuję. Implanty nie reagują na sygnały idące z jądra. Upływ czasu dał o sobie znać, czuję się jak stary krążownik, w którym ktoś uruchomił nagle wszystkie reaktory naraz. Reakcje łańcuchowe rozgrzewają wszystkie podsystemy, balansując na granicy ich wytrzymałości. Energia wypełnia mnie, wypychając świadomość. Czuję, że trzęsę się coraz mocniej. W końcu rzucam się w komorze, bijąc rękami o ściany. Świadomość odpływa ze mnie tak, jakbym umierał. Zaraz zamienię się w maszynę do zabijania, przetwarzającą automatycznie każdą informację z prędkością niedostępną dla świadomej istoty. Stanę się zestawem procesów zmierzających do osiągnięcia celu. NIE MOGĘ! Nie… Mogę!

Mogę! Chcę! Muszę!

Muszę!

Chcę!

CHCĘ!

…nie.

Krzyczę. To ostatnie co dociera do mojej świadomości. Przez mgłę jeszcze dociera do mnie otwarcie sarkofagu. Moje ciało wyskakuje jak pocisk z procy, trzy i pół godziny od rozpoczęcia procesu wybudzania. Po tysiącach lat hibernacji.

Niech bogowie mają w opiece tych biedaków, bo żaden śmiertelnik im już nie pomoże.

CDN

One thought on “Prolog”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *